O mnie

Moje zdjęcie
Kraków
Imię: Marcin. Znak zodiaku: Lew. Człowiek o stu twarzach, miłośnik zwierząt i dobrego jedzenia. Typ: Samotnik mający swój świat, dusza artystyczna. Chłopak o wielkim sercu i jeszcze większym EGO. Zachwycam się drobnymi rzeczami, nie toleruję kłamstwa i fałszywości. Pasjonat i kolekcjoner.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

RÓŻNORODNOŚĆ - CZEMU NIE?

Ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na pisanie bloga, dlatego nieco się przykurzył i porósł pajęczyną, ale to nie oznacza, że z niego zrezygnowałem. Przeciwnie, z zapartym tchem przeglądam wpisy u innych i zaglądam na lalkowe forum, gdzie próbuję trzymać rękę na pulsie i wiedzieć co się w lalkowym świecie dzieje.

Przez ostatnie dwa miesiące przybyło do mnie wiele lalek, bo aż 35! To zabawne, ale kiedy inni kolekcjonerzy kupują coraz to bardziej drogie, nieosiągalne i wypasione lalki, mnie, z upływem czasu, podobają się te, które są zaprzeczeniem tego trendu. Ostatnio kupuję lalki używane i nawet z wadami, bo w jakiś dziwny sposób, przestało mi zależeć na tym aby lalka była doskonała, obecnym wyznacznikiem jest to czy mi się podoba, a opinia innych jest raczej na ostatnim miejscu. Oczywiście nie brakuje też lalek pudełkowych, ale to tylko dlatego, że nowości też mi się podobają, więc jakoś same wpadają do koszyka.

Niedawno zacząłem przeżywać fascynację lalką Sindy, ale tylko tą z okresu 1989-2003. Chyba dlatego, że moje Superstarki osiągnęły ilość wystarczającą i w sumie więcej ich nie potrzebuję. Trafiło kilka Kenów, zaplątał się jeden Robbie (chłopak/brat Sindy), kolejny Scenek, a nawet jeden prawdziwie męski facet - Action-Man, gdyby ktoś wcześniej mi powiedział, że kupię z własnej woli takiego osiłka, to bym go wyśmiał, ale gdy go zobaczyłem, po prostu moje serce waliło tak mocno, że musiał być mój. W sumie to fajnie, bo różnorodność jest mile widziana. 

Prócz "Mattela" są także lalki "Hasbro", "Vivid", "Steffi", w tym piękna brunetka w towarzystwie również ciemnowłosego Kevina i wiele innych. Zamknąłem w końcu dwie serie lalek, które były do zakupienia na ten rok. W końcu mam ostatnią brakującą Holidaykę w swojej wymarzonej kolekcji, a także ostatniego, brakującego, włochatego Kena Fash :) Wychodzi na to, że teraz mogę kupować co chcę, bo nie mam już innych priorytetów, gdyż te zostały już zakupione. Dzisiaj niestety tylko jedna fotka 4 lalek Sindy robiona "kalkulatorem", bo aparatu w tej chwili brak, a sesja takim sprzętem jedynie kole w oczy. Oto one ;)


Pozdrawiam serdecznie. Peace, Love and Orzeszki :)

środa, 18 maja 2016

OT TAKIE CUDA-ki...

Po ostatnich opowieściach ze swego iście fascynującego życia, zakrapianego sex przygodami, dzisiaj pora na kolejną porcję blond dziewczynek by (jak to mówią) życie miało smaczek... no wiecie: raz Barbioszka, raz chłopaczek :)

Przy czyszczeniu katalogu natknąłem się na jakieś niepublikowane fotki sprzed... łohoho i jeszcze trochę, więc dzisiaj nadszedł ten szczęśliwy dzień by się nimi z wami podzielić :)

Trzy Barbioszki, każda blond, każda niebieskooka, a każda jak z innego ojca, ni w ząb do siebie podobne. Moja faworytka to "Doctor Barbie 1987" (tu bez kitla, bo gdzieś go skitrałem), druga to "Fashion Fever Hair Highlights Barbie 2006", a ostatnia pochodzi z zestawu "lalka plus kilka ubranek" - czyli zestaw dla prawdziwego kolekcjonera za 9,90 minus 30% przecena, bo ostatnia sztuka zalega na magazynie...









Peace, Love and Orzeszki. Adios Amigos. Pozdrawiam :)

sobota, 30 kwietnia 2016

...A POTEM PRZYCHODZI KAC, NIE TYLKO ALKOHOLOWY - real sex story cz.2

Po każdej nocy (zwłaszcza tej upojnej i mocno zakrapianej alkoholem) nadchodzi poranek… albo od razu południe. Każdy kto chociaż raz przeholował z alkoholem wie, jak to potem jest. W głowie huczy, człowiek jest spuchnięty, obolały i zmęczony… a kiedy jeszcze pół nocy figluje się z chłopakiem znajomej… no to dopiero wtedy pobudka jest istną katorgą.

Kiedy otworzyłem oczy, w pokoju oczywiście było ciemno, bo mam zwyczaj zasłaniania każdego wieczora okien, bo nie znoszę słońca, zwłaszcza rano, na twarzy, kiedy to jeszcze jestem w pół śnie. Zerknąłem na zegarek spodziewając się mniej więcej godziny 9-ej, a tu niespodzianka… po 13-ej!… No super! Zaczynam się wiercić, po czym słyszę mruczenie:

- Chodź tu! Jest środek nocy…

Patrzę i dopiero wtedy sobie uświadamiam, że dopiero teraz trzeba będzie się zmierzyć z konsekwencjami swoich wcześniejszych decyzji. Wstałem… a raczej się zwlokłem i poszedłem do łazienki… 

- O matko! - powiedziałem sam do siebie. 

Podpuchnięte oczy, cera w odcieniu szarozielonym, oddech taki, że jakby przystawił zapałkę, to wybuch murowany, włosy w cały świat, do tego ból głowy i totalne odrętwienie mięśni. Ja to się chyba nigdy nie nauczę, że jak piję wino, to co prawda wolniej się upijam, ale za to następnego dnia jestem nie do życia. Wskoczyłem pod prysznic, chociaż to bardziej przypominało stanie pod wodą, bo każdy ruch ręką kojarzył mi się z wysiłkiem maratończyka. Po jakiejś półgodzinie i doprowadzeniu się do poprawnego stanu wizualnego, poszedłem do kuchni robić śniadanie. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że nie bardzo wiem czy zrobić śniadanie tylko sobie, czy poczekać aż mój gość wstanie, bo przecież nie przygotuję mu śniadania do łóżka! Już to widzę, wchodzę do pokoju i mówię coś w stylu: 

- Słońce wstawaj, zrobiłem ci śniadanko... – O nie, jeszcze tak nisko nie upadłem!

Przecież ja nawet nie wiem, co on tak naprawdę lubi, a czego nie? Może nie je ogórków, albo nie lubi kawy, może pije tylko wodę, albo pije szejk proteinowy w ramach swoich treningów? Kto to wie? 

No nic, stoję w tej kuchni i dumam zachodząc w głowę jak wyjść z tej sytuacji z twarzą. W końcu postanowiłem, że zrobię sobie scrambled eggs (bo lubię - i nie mylić z polską, spaloną jajecznicą!). Wyjąłem swoją nowo kupioną patelnię z Lidla (dobrze, że ją kupiłem, bo wstyd by było smażyć na wysłużonej patelni od mamusi, która pamięta czasy kiedy nawet nie byłem w planach). Stoję nad tą patelnią, a do kuchni wchodzi kolega, nic nie mówi. Ja mieszam i mieszam, i udaję, że w danej chwili istnieję tylko ja i ta patelnia. Kolega nic się nie odzywa, tylko podchodzi do mnie od tyłu, obejmuje w pasie, wtula się jak niby nigdy nic i mówi:

- Dzień dobry…

- Hej! - odpowiedziałem. - Wyspałeś się? - dodałem.

- Niby tak, ale czuję się obolały… mmm…

(Ty jesteś obolały? Dobre sobie, to co ja mam powiedzieć? - zważywszy na to, co żeś wczoraj ze mną wyprawiał! - pomyślałem, ale darowałem sobie ten komentarz)

- Nic mi nie mów… Masz ochotę na jajecznicę po amerykańsku? - spytałem, chcąc sprawić wrażenie dobrego gospodarza.

- Pewnie, ale najpierw muszę napić się kawy, masz mleko? - spytał.

- Pewnie, tam masz ekspres, tu stoi kawa, tam są filtry, zrób więcej, bo ja też mam ochotę - odpowiedziałem. 

Kiedy już wszystko zostało przygotowane, usiedliśmy i zaczęliśmy jeść. W pewnym momencie mój kolega wyszedł i wrócił z telefonem. Jak się okazało, wyłączył go poprzedniego wieczora. Po włączeniu, nagle zaczęły przychodzić sms-y… Pierwszy sms, drugi sms, trzeci, czwarty i tak chyba z osiem.

Ja udaję, że mnie to nie rusza, żuję te moje jajka, dopycham się bułeczką, a w środku mnie skręca z ciekawości! W końcu nie wytrzymuję i wywalam na jednym oddechu:

- Chyba ktoś za tobą tęsknił, bo tyle wiadomości…  W domyśle, no przeczytaj chociaż ze dwie, bo ja tu umieram… Ale nic, udaję głaz!

- Taaaaaa - usłyszałem tylko w odpowiedzi.
  
Napisał chyba jedno zdanie, wysłał i położył telefon na stole, po czym jakby nigdy nic, rzucił mi spojrzenie, uśmiechnął się i zaczął pałaszować swoją porcję śniadania.

Po skończonym posiłku kolega wziął szybki prysznic. Poprosił mnie o czystą koszulkę (…jak to dobrze mieć w szafie coś czystego, nigdy nie wiadomo kiedy się przyda…), bo jego wczorajsza koszula, mówiąc delikatnie, niezbyt się nadawała do użytku, pomijając, że była nieświeża, to totalnie wymięta, więc wyglądałby w niej jak jakiś lump. 

Oczywiście koszulka Zary, którą ode mnie dostał, na mnie leży jak na jakiejś szynce, a na nim - jak na jakimś modelu, normalka - jak się ma piękne ciało, to i worek można założyć i wygląda się dobrze… (co za niesprawiedliwość! – a człowiek się dwoi i troi, żeby chociaż małpę człekokształtną przypominać!)

Gdy już powrócił do stanu atrakcyjnego, nadszedł ten niezręczny moment, kiedy trzeba się pożegnać, albo zacząć ze sobą rozmawiać… No tak, tylko o czym, skoro TYLE się działo, jak tu w ogóle zacząć???

Na szczęście kolega wiedział, że ja nie bardzo wiem co powiedzieć, więc przejął inicjatywę i ułatwił całą tą niezręczną sytuację. Zaczął żartować, rozluźnił atmosferę, po czym usiadł koło mnie na łóżku i ot tak się przytulił.

- Co za noc? Co? Hahaha - powiedział.

- Nooo! - jedynie tyle potrafiłem z siebie wykrzesać! Jak tak, to japa mi się nie zamyka, a tu raptem masz… bardzo elokwentna odpowiedź….

No ale od słowa do słowa, w końcu zaczęliśmy normalnie rozmawiać. Dowiedziałem się, że to Anka sms-owała z pytaniami: czy kolega żyje, gdzie się podziewa i kiedy wróci? 

Nie mogąc się dłużej powstrzymać, spytałem go wprost:

- No i jak to w sumie jest z tobą i nią? Bo wiesz, ja tego trochę nie rozumiem?... Jesteś z nią, a… robisz takie rzeczy (mówiąc takie rzeczy miałem na myśli siebie)…

- Po chwili zadumy usłyszałem:

- Wiesz co, my jesteśmy ze sobą 5 lat, od dwóch jest między nami nie bardzo, do tego doszła sprawa tej jej zdrady (niby jednorazowej z jakimś kolegą z byłych studiów, ale zawsze), nasi rodzice się znają, ciągle robią aluzje o ślubie, wnukach i że już zbierają na wesele, bo pewnie niebawem ono nastąpi… poza tym mamy wspólne rzeczy, zobowiązania finansowe, więc nie tak łatwo się po prostu rozstać, dlatego tak się to ciągnie już jakiś czas… ale jest coraz gorzej, bo ani ona mnie nie kręci, ani jej nie kocham, ona chyba też mnie nie kocha, więc ogólnie to jest bez sensu…

- No o.k., to co mówisz ma sens, ale jak to się ma do tego, że raptem zainteresowała cię przygoda z chłopakiem, bo łatwiej by mi było zrozumieć, gdybyś ją zdradził z inną laską, a tak, to jest to trochę pogmatwane… Nie sądzisz? - powiedziałem zaciekawiony.

- To jest tak. Ona nie jest moją, pierwszą dziewczyną, było kilka w moim życiu i owszem zawsze czegoś mi brakowało. Ale nie uważam się za geja, nie uważam się za „biseksa”, bo ogólnie nie latam za facetami i nie lookam - o ten mi się podoba, czy tamten. Owszem, byłem ciekawy jak to jest, ale zrozum, chciałbym mieć dzieci, stabilny dom. Już nie mówiąc o tym, że rodzice itd. Więc opcja pt.: "Słuchajcie, chcę mieć chłopaka" - nawet nie wchodzi w grę!

- Hmmm… No dobra, ale wiesz, że tak to zawsze będziesz nieszczęśliwy, bo ani nie uszczęśliwisz jej, ani siebie, oboje staniecie się sfrustrowani i będziecie się zdradzać, a i tak prędzej czy później skończy się to wszystko rozwodem, nie mówiąc już o tym, że jak będziecie mieli dzieci, to będziesz musiał płacić alimenty, z opieką to jest różnie, bo zazwyczaj ma ją matka, a i tak w konsekwencji wylądujesz w punkcie wyjścia. Szkoda twojego czasu, pieniędzy, energii i życia… - powiedziałem lekko poirytowany.

- Ja to wszystko wiem, ale jedno zdawać sobie z tego sprawę, a drugie to życie… Co mam zrobić? Rzucić ją? Spłacić z tego co mamy wspólne (samochód, meble) iść do rodzinki i powiedzieć, że od dzisiaj jestem gejem? Chociaż w sumie to sam nie wiem czy nim jestem, bo całe to gejostwo mnie w ogóle nie kręci, nie lubię "Lady zGagi", nie oglądam romantycznych komedii, kluby mnie nie interesują, nie znam się na makijażu, fryzurach itd. lubię sport, samochody… na dobrą sprawę ja nie mam nic z geja…

- Hola, hola, uno momento! A ja to niby co? Jeszcze parę godzin temu zachowywałeś się jak stu procentowy gej, bo jakby nie patrzeć, to heteroseksualny seks to to nie był, mój drogi! Nie uważasz? A w ogóle, to mam wrażenie, że ty żyjesz we własnej homofobii i to we własnej głowie! Kto ci powiedział, że musisz się wpisywać w jakiś wzorzec? Nie każdy gej jest taki, czy owaki. Każdy człowiek jest inny, z resztą po co ci jakaś etykietka? Nie musisz od razu robić "coming out-u" jeśli nie czujesz, że to dobry moment, ale planować ślub, z kimś, kogo ewidentnie ledwo tolerujesz, tylko dlatego, że już jesteście ze sobą dość długo, to z deczka porypane??? Dla mnie to niedorzeczne! A poza tym, nikt ci nie każe łazić na musicale, czy zakładać różowe koszulki z napisem: „Kocham Anal”! - powiedziałem niemal krzycząc, bo moje nerwy zostały poważnie nadszarpnięte!

- Owszem, zgadzam się, ale to nie jest tak, że zawsze jest źle pomiędzy mną a nią, pomagamy sobie, załatwiamy różne sprawy razem. Problem polega na tym, że nie ma zaufania, ani tego dreszczyku emocji, wszystko jest jakieś takie wtórne, monotonne, wręcz nudne i przewidywalne… nie wiem? - może gadam głupoty, nie chcę o tym myśleć, bo i tak nic to teraz nie da… chcę ten czas spędzić z tobą, a nie rozmawiać o mojej dziewczynie…

- No o.k. to nie gadajmy o niej, ale jak dla mnie, to przed tobą daleka droga… bo pomimo swojego wieku, ja widzę, że ty dopiero raczkujesz w tym temacie… - wtrąciłem ostatnie zdanie i zakończyłem tą dyskusję, bo zauważyłem, że ja się bardziej denerwuję niż on!

Dalsza rozmowa zeszła na bardziej przyjacielskie tematy… no i trzeba było ustalić wspólną wersję dla znajomych, co się wydarzyło poprzedniego wieczora… (kłamstwo - jak to łatwo przychodzi...)

Kiedy już wyszedł, sam nie wiedziałem, czy czuję ulgę, czy czuję niedosyt, czy może powinienem potraktować to jako „one night stand” i po prostu udawać, że nic się nie stało. W końcu przecież ludzie uprawiają seks na przeróżne sposoby, w przeróżnych koniugacjach, z ludźmi, z którymi mają czasem bardzo popierniczone relacje. 

Mojego kolegę nazwałbym: "friend with benefits"". A dlaczego? No cóż... Dwa tygodnie później przyjechał oddać mi koszulkę... Dobrze, że się zbliża majowy weekend. Może w końcu odeśpię tę kolejną, zawaloną noc... :)

 Pozdrawiam serdecznie. Peace, Love and Orzeszki :)

piątek, 29 kwietnia 2016

PARTY U ZNAJOMYCH - CZYLI JAK WYLĄDOWAŁEM Z FACETEM W ŁÓŻKU :) - real sex story cz.1


Ostatnio blogosfera coś umiera, więc potrzeba nieco skandalu, trzeba ożywić trochę to towarzystwo :) No to jedziemy!

Wiem, że już dawno o mnie nie słyszeliście, ale ze mną jest jak z wysypką… ciężko się pozbyć! Więc moi kochani wasza zaraza powraca :) Jeszcze bardziej skromna, jeszcze bardziej delikatna w swych osądach i jak zwykle słodka jak papryczka chili! Zacznijmy od „update-a”  co u mnie? A no MASAKRA… Świat mnie nie kocha, a los rzuca kłody pod nogi, dobremu człowiekowi to zawsze pod wiatr i żwirem po gębie… ale do rzeczy! Uprzedzam Was, wrażliwi nie czytać, zboczeni… a i owszem :)

Ostatnio zostałem zaproszony na party… miało być kilka mi znajomych osób, których to nie widziałem dobrych 10 lat. Fajnie. Mówię sobie: - Trza zrobić wejście, fryzjer (te siwe włosy musiały zniknąć…) nowy ciuch, perfum, a co! - niech widzą, to światło i blask kiedy wejdę do roomu! Odziawszy się w cztery gorsety oraz w nowy zestaw ubraniowy, pognałem niczym gazela zadać szyku, niech mają ludzie to szczęście i ogrzeją się w świetle mego blasku…

Jak się okazało oczywiście nikt nie zwrócił uwagi na moje starania, bo wszyscy zajęci byli rozmawianiem o bardzo istotnych sprawach…………. Jak np. o czwartej ciąży koleżanki (!), o tym jak jest ciężko załatwić kredyt i gdzie tu pojechać na wakacje nad polskie morze?

WHAT THE FUCK!!!! To ja tu idę odpicowany jak papież na święcenia, chcąc pić do upadłego, tańczyć, śpiewać i dobrze się bawić, a to drętwe towarzystwo pierniczyło o bachorach i leżeniu na plaży w Kołobrzegu! No żeż kurwaaaaaaaa mać, czy oni już umarli? Nie obyło się oczywiście bez pokazywania zdjęć ze ślubu, podziwianie białej kiecki (swoją drogą strasznie nowoczesnej - gorset i rozkloszowany dół! REALY BITCH?!) 

Piłem tego swojego drinka i nudziłem się jak mops, ale dzięki Bogu był tam znajomy, który podobnie jak ja, miał głęboko w dupie, co ci wszyscy ludzie mówią… bo po wypiciu dwóch butelek taniego, białego wina, zaczęliśmy naprawdę dobrze czuć się w swoim towarzystwie i w ogóle przeszliśmy na dziwny poziom naszej znajomości… 

Wyobraźcie sobie, że zaczęło się od tego, że rozmawialiśmy o włosach (bo mam dość długie, takie do ramion), a skończyło się na tatuażach, powiększaniu ust i implantach, koszykówce i oleju silnikowym… Znacie mnie na tyle, że wiecie, że ja jestem walnięty równo, a już po alkoholu to łohohoho i jeszcze trochę… no więc jeśli chcecie dreszczyk emocji, to czytajcie dalej… 

…oczywiście mnie robi się gorąco, zaczynam się powoli rozbierać, bo temperatura mojego ciała zaczyna wzrastać, wiadomo alkohol robi swoje, rozpinam guziki swej koszuli, co i tak nic nie dało, więc w konsekwencji wyszedłem na taras, kilka minut później dołączył do mnie kolega. Rozmawiamy o przysłowiowej „dupie Maryny”, coś tam o zawalonym parkingu, niebie, gwiazdach i tego typu duperelach, po czym ni z gruszki ni z pietruszki, mój towarzysz wywalił tekstem: 

- Całowałeś się kiedyś z facetem?... 

Dosłownie zakrztusiłem się przełykanym winem! Patrzę na niego, on na mnie, ja na niego, on na mnie, przełykam resztki wina, wydając charakterystyczny dźwięk i w końcu odpowiadam: 

- Czy całowałem? Trochę mnie zaskoczyłeś tym pytaniem, ale wiesz,  ja jestem typem człowieka, który robił wiele rzeczy w swoim życiu (w myśl zasady ma się tylko jedno życie, drugiego nie dostaniesz, więc lepiej je wykorzystaj!)

- No ba, bo to raz! - dodałem. Po czym mój kolega zaczął się czerwienić i nagle naszło go na zwierzenia…

- Bo wiesz, ja nigdy tego nie robiłem z kolesiem, ciekawi mnie jak to jest… 

O.K. Tu trzeba nakreślić pewną sprawę, wyżej wymieniony kolega na imprezkę przyszedł w towarzystwie swojej dziewczyny… (nie wiem jak długo są ze sobą, bo widziałem ją pierwszy raz, taka trochę mdła jak pomyje, ale ponoć miłość nie wybiera). No dobra, ale skoro twoja laska jest z tobą na imprezie, to czemu podrywasz mnie na balkonie? (tzn. wtedy to jeszcze nie był podryw, a jedynie „gra wstępna” z jego strony, bo jeśli chodzi o moją grę wstępną, to zazwyczaj po prostu mówię – „ściągaj gacie!”…)

… no ale czekajcie na dalszy rozwój akcji… no więc pitu, pitu gadka szmatka,  jest godzina koło pierwszej, a między moim znajomym i jego wybranką serca zaczyna być dziwnie, robią między sobą jakieś dziwne miny, łapią się za słówka, ewidentnie zbiera się na kłótnie. Pół godziny później już leciały „kurwy”… 

O.k. Ponieważ ja zazwyczaj wiem kiedy skończyć pić, stwierdziłem, że najwyższa pora iść do domu, bo atmosfera robiła się gęsta. Bardzo kulturalnie przeprosiłem wszystkich i zacząłem się szykować do domu. W głowie mi szumiało, oczka mi się lekko zamykały, krok miałem chwiejny, ogólnie było mi dobrze :) Dwie minuty później do przedpokoju wpada „kolega”:

- Wiesz co, idę z tobą, mam dosyć… 

- O.K. no ale co z twoją dziewczyną? Odpowiedź była następująca, cytuję:

- Niech się wali!

Tu trzeba napomknąć, że oboje mieszkają dość daleko, więc mieli być odwiezieni przez znajomych do ich mieszkania. Nagle wpada dziewczyna:

- Co ty robisz? – zapytała.

- Wychodzę! – odpowiedział.

- A jak wrócisz? – dodała. 

- Nie wracam, daj mi święty spokój! – odpysknął chamsko. 

Tu zaznaczam, że ja tylko stoję i podziwiam ten komediodramat, który w mojej głowie jest zajebisty, bo jestem nawalony :) "Moda na Sukces" w wersji na żywo. No to wyszliśmy razem, a że ja mieszkam niedaleko gospodarzy imprezy, no to spacer nie był długi. Tak więc wlokę się jak żółw żeby może kolega ochłonął i łaskawie wrócił na nieszczęsną imprezę, bo przecież nie zamierza chyba nocy spędzić na dworze! Kiedy byliśmy już pod moim domem… widząc, że kolega nie ma najmniejszej ochoty się rozstać, wywaliłem najbardziej tandetnym i filmowym tekstem w historii ludzkości: 

- No to może wpadniesz na drinka?… Tak, wiem jak to brzmi, ale w sumie to nie wiedziałem co mądrzejszego mogłem powiedzieć?… 

Wchodzimy do bloku, potem do windy, kolega milczy… jedziemy i raptem jak grom z jasnego nieba, będąc w windzie, kolega przyciska mnie do ściany i całuje w usta… I mówiąc całuje, nie mam na myśli całusa, tylko postalkoholowego, napalonego, samczego ślimaka, takiego, że o mało mnie nie pożarł w tej windzie. A trzeba wspomnieć, że jest ode mnie wyższy o głowę, dwa razy silniejszy, taki styl macho. Tak więc obśliniony stoję w tej windzie i nie bardzo wiem co mam zrobić, więc jak tylko dojechaliśmy do wyznaczonego piętra, wyleciałem z tej windy jak poparzony. Weszliśmy do środka, usiłuję się rozebrać z kurtki i w tym samym momencie ląduję tym razem na ścianie własnego mieszkania przygnieciony jego ciężarem i sytuacja się powtarza, chociaż tym razem muszę przyznać, że kolega zaczął być delikatniejszy (się cholera romantyk nagle zrobił). Nie wytrzymałem i odepchnąłem go od siebie zadając mu pytanie: 

- Co ty wyprawiasz? Masz dziewczynę i odwalasz takie numery, nie wiem czego oczekujesz, ale chyba za dużo wypiłeś i trochę szczekasz nie na to drzewo co powinieneś. Bo o ile schlebia mi twoje zainteresowanie, to ja się tak (zazwyczaj) nie bawię!

- Ta dziwka mnie zdradziła, nic nas i tak nie łączy, z resztą nawet mnie nie kręci, za to Ty to inna sprawa… - usłyszałem w odpowiedzi.

- yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy………… myślę co powiedzieć…. yyyyyyyyyyyyy - pustka we łbie, bo:

a) chce mi się siku po winie,
b) jestem obśliniony przez kolegę i stoję w rozpiętej koszuli i z rozpiętym rozporkiem spodni w korytarzu własnego domu… 

Na szczęście nieco oprzytomniałem i kazałem mu iść do pokoju, bo ja musiałem iść do tej toalety, bo jeszcze trochę i byłyby zabawy wodne!…

- Daj mi chwilę, bo ja muszę skorzystać z toalety! - jak powiedziałem, tak zrobiłem.

Po powrocie kolega już się rozgościł (nawet bardzo), bo zastałem go siedzącego w fotelu, w samych spodniach…

Nie powiem, jak na faceta jest bardzo atrakcyjny, świeżo wydepilowany, widać, że ćwiczy, bo mięśnie pięknie zarysowane (zazdrość!), tatuaż na barku, opalony (jest kwiecień, więc chyba solarka, bo jak inaczej?) więc ogólnie widok był miły dla oka. 

Ja już wiedziałem, że z nim to łatwo nie będzie, oj nie! 

- To co napijesz się czegoś? – zapytałem. 

Dzięki Bogu miałem jeszcze jakąś resztkę wina w domu, co prawda lekko zwietrzałe, ale o drugiej w nocy i po wypiciu pierwszych dwóch butelek, mógłbym pić denaturat i nie czułbym różnicy… wyjąłem kieliszki, wino zostało rozlane, świeczki płoną (nie wiem czemu, ale jak wino, to i świece, prawda?) no i pijemy… pierwszy łyk, drugi łyk, głupie uśmieszki, trzepotanie rzęsami i łubudu - jego dłoń ląduje na mojej nodze… minutę później siada mi na kolanach i wpija się w moje usta jakby od tego jego życie zależało… 

No dobra, całować potrafi, pachnie ładnie (jak się okazało granatowy Dolce&Gabbana), ja i tak zostałem już tylko w slipach i podkoszulku, co prawda nie wiem jak i kiedy? - ale jakoś tak samo wyszło… (oczywiście nie byłem przygotowany na to, że wieczór skończy się tak, jak się właśnie „zaczął kończyć”, więc oczywiście byłem niewydepilowany, spocony po imprezie, do tego półżywy i pijany - czyli historia mojego  życia!). 

No tak, ale jak masz na sobie napalonego, ponoć heteroseksualnego samca, który właśnie dźga cię swoim, wielkim przyrodzeniem w brzuch, to raczej ciężko się na czymś skupić. Wykorzystując moment jego nieuwagi, wymknąłem się spod jego ciała, delikatnie rzucając go na łóżko. Jedyną rzeczą jaką mogłem wtedy zrobić, to po prostu iść się wykąpać, udawać, że jestem bardzo zmęczony i że muszę iść spać…

No cóż, tak łatwo nie było! Owszem poszedłem do łazienki, rozebrałem się, biorę ten nieszczęsny prysznic i nagle co? No zgadnijcie! Już pomijając, że zapomniałem zamknąć łazienkę na klucz, a zawsze to robię, drzwi do łazienki otwierają się i wchodzi kolega, NAGI! 

- Myślę, że też muszę się umyć, chyba nie masz nic przeciwko? - powiedział.

Ja próbując się zasłonić (nie wiem kurwa czym, chyba rurą od prysznica), jąkając się jak 4-latek, walnąłem po prostu: 

- Jak chcesz!

Powiem szczerze, że było mi już wszystko jedno. On i tak był u mnie w mieszkaniu, ewidentnie miał jedno na myśli, ja niby się broniłem i opierałem, ale jak się okazało to bardziej opierałem się o ścianę niż jego zalotom. Tak więc wkroczył pod ten prysznic i tak żeśmy się myli… To znaczy ja nie wiedziałem, że ja byłem aż taki brudny, że on musiał mnie całego umyć, bo jego ręce były wszędzie (nie ma to jak pomocna dłoń, a nawet dwie, prawda?)… No ale nie protestowałem, bo to i tak nie miało większego sensu (pamiętajcie, przeszło półtorej butelki wina na głowę). Po prysznicu poszliśmy do pokoju, bo było już przed trzecią w nocy… 

Hmm jak sądzicie, jak skończyła się ta historia? Zapewne myślicie, że poszliśmy spać jak to zazwyczaj robią dobrzy koledzy… Taaaaa jasne! Powiem tak! Nie wiem jak długo on z nikim nie spał, ale chyba się chciał chłopak wykazać, bo tak mnie wyobracał, że nie wiedziałem jak się nazywam. Spać poszliśmy późno, a raczej wcześnie rano…

A teraz pytanie, czy miałem wyrzuty sumienia? Nie, bo niby dlaczego? Co prawda pozostaje kwestia tej dziewczyny, ale z drugiej strony, to nie moja dziewczyna... 


Ps. Lalek dzisiaj nie będzie, bo chyba i tak byście nawet nie zwrócili na nie uwagi :) Prawda? Hahahaha :) Pozdrawiam Was zboczuszki :) i tym razem całuję w same orzeszki hahahahaha. Bye!

niedziela, 28 lutego 2016

MÓJ NOWY CHŁOPAK...

…Nie, nie będzie to post z serii chłopak poznaje chłopaka, a potem żyli długo i szczęśliwie robiąc dzieci… (a ponieważ im nie wychodziło, to odkryli w sobie 50 twarzy i naparzali się pejczami żeby było ciekawiej)...

Ten post jest oczywiście o moim, najnowszym nabytku, prześlicznym Alisterze z Ever After High :)
Długo zwlekałem z jego zakupem, bo jego cena (nie wiadomo czemu) jest kosmiczna i wcale nie spada, a jak na lalkę z niższej półki, to duże przegięcie. U nas chodzi po 160 zł, na Ebayu wcale nie lepiej po doliczeniu przesyłki. Ale jako mistrz oszczędzania podjąłem wyzwanie! A jak ja czegoś „kcem” to nie ma, że boli, nie ma bata! (...co ja z tymi batami i pejczami dzisiaj? - chyba głodnemu chleb na myśli... a raczej lanie...)

Tak więc przeszukałem net od A do Z i znalazłem chłopaka za 80 zł… Hmm, no tak, prawie o.k., ale jak na „Everka”, to i tak za dużo, więc rezygnując z jednej lalki, którą miałem w domu i zamieniając ją na pieniądze, finalnie - mój Alistair kosztował mnie 40 zł :) No, a za taką kwotę to można brać, no to „wziełem i mom” :)

Chłopak jest bardzo ładny, delikatny, taki słodziak. Może inni sądzą, że jest nieco mdły i "barbiowaty", ale ja lubię takie cukiereczki. Na tle pozostałych "Everków", ma różowy kolor skóry, bo Hunter to skwarek solarek, a Dexiu znowu taka śnieżna plama. Alistair ma fajny mold, taki mix pomiędzy Dexterem i Hunterem. Jestem bardzo zadowolony, bo chłopcy z tej serii bardzo przypadli mi do gustu. Razem fajnie wyglądają… Tak więc zakup lutego bardzo udany :)




 Pozdrawiam serdecznie. Peace, Love and Orzeszki :)

środa, 10 lutego 2016

Liebster Award




Dziękuję za nominację od Inki. No to lecimy z koksem!

 1.) Jakich OSÓB  realnych i fikcyjnych
           (film, literatura, legendy okoliczne itp.)
lalki chciałbyś mieć?
Nie ma takich lalek, ponieważ nie przepadam za lalkami, które są wzorowane na osobach żyjących, czy na postaciach z książek. To mnie w ogóle nie kręci!

2.) Jakie masz ZWIERZĘTA -
jakie chcesz mieć -
jakich się boisz?
Nie mam zwierząt i w tej chwili absolutnie nie chcę mieć! Miałem w swoim życiu dwa psy, trzy koty, trzy chomiki, szczura, kilka rybek, łasicę, myszoskoczki, myszki… a boję się koni, bo są zbyt duże i nie znoszę wszelakiego robactwa.

3.) Twoje lalkowe MARZENIA...
Lalki na stojakach i ładna, biała witryna. A jeśli chodzi o lalki, to brakuje mi dwóch: "Barbie Rockers My Favorite Repro" i "Barbie Happy Holidays 1996".

4.) ZAWÓD wyuczony -
wykonywany -
wymarzony...
Wyuczony: jestem magistrem sztuki, skończyłem wzornictwo, na kierunku projektowanie ubioru i biżuterii, o specjalności: projektowanie ubioru unikatowego, a także mam tytuł angielski „makeup artist”, a po drugiej szkole jestem także „specjalistą od kreowania wizerunku”. Byłem: projektantem, a także pracowałem przy realizacji pokazów jako stylista, byłem także wykładowcą w szkole artystycznej. Zawód wykonywany: w tej chwili zajmuję się sprzedażą złota oraz szeroko rozumianymi inwestycjami. Zawód wymarzony… milioner spadkobierca :)

5.) JAK znajomi - rodzina - partnerzy -
zapatrują się na Twoje lalkowanie?
W sumie to nikt nie wie, dlatego, że ja się z tym nie afiszuję. Jak ktoś wie to raczej przez przypadek, a  to co sobie myśli, nie jest moją sprawą i mnie to nie interesuje. Moje życie, moja sprawa, moje pieniądze, dlatego robię co chcę, jak chcę, kiedy chcę, z kim chcę itd.

6.) INNE  pasje poza lalkowaniem...
Internet – nie potrafię bez niego żyć! Nałogowo oglądam seriale, filmy, czytam, szukam, po prostu uwielbiam świat wirtualny, bardziej od realnego! Mój świat idealny to ten z filmu „Surogaci”!

7.) Jak się zaczęło Twoje LALKOWANIE?
Kupiłem chrześnicy lalki, po czym stwierdziłem, że jednak u mnie zostaną… To obudziło, uśpioną w dzieciństwie całą, moją historię z pierwszą lalką Barbie i to jaki miała na mnie wpływ.

8.) Twoje lalki - zabawki z DZIECIŃSTWA...
Jedyna lalka warta wspomnienia (z mojego punktu widzenia) to chińska podróbka Kena, którą dostałem na gwiazdkę. To był płetwonurek, ale u mnie szybko zrezygnował z tej profesji i został lalkiem transwestytą, bo nosił sukienki zrobione ze skarpetek :D
 
9.) FAWORYCI w Twej kolekcji...
Zdecydowanie Keny Fashionistas, ale tylko te włochate, Holidayki i chłopcy Ever After High

10.) Jakich lalek nie ZAPROSISZ do siebie?
Żadnej wielkogłowej, bo dla mnie to łyżki do kręcenia ciasta (Dale, Pullipy,
Taeyangi, Byule, Ysule itp.) 

11.) Jakich osób - bohaterów - postaci wg Ciebie
      POWINNY powstać  lalki a jednak ich nie ma?
 
Jak już wspomniałem, nie lubię lalek wzorowanych na kimś, więc żadnej mi nie brakuje i żadnej nie chcę.


 Pozdrawiam i jak zwykle Peace, Love and Orzeszki :)

Ps. Nikogo nie nominuję, bo jestem zbyt leniwy żeby wymyślać pytania... Nareczka!