O mnie

Moje zdjęcie
Imię: Marcin. Znak zodiaku: Lew. Człowiek o stu twarzach, miłośnik zwierząt i dobrego jedzenia. Typ: Samotnik mający swój świat, dusza artystyczna. Chłopak o wielkim sercu i jeszcze większym EGO. Zachwycam się drobnymi rzeczami, nie toleruję kłamstwa i fałszywości. Pasjonat i kolekcjoner.

piątek, 25 listopada 2011

KOMENTARZE – czyli kontrowersji ciąg dalszy…

Witajcie :) Dzisiaj postanowiłem zastanowić się:

Czym tak naprawdę jest dla nas komentarz?
Czy komentujący całkowicie szczerze wygłaszają w nich swoje opinie?
i Czy chęć bycia lubianym nie przeszkadza nam w wygłaszaniu tego co naprawdę myślimy?

Jak wiadomo każdy kto publikuje posty, musi się trochę przy tym napracować. Nie ważne czy jest to pisanie tekstu czy robienie zdjęć. W obu przypadkach trzeba poświęcić czas, pomyśleć, nagłówkować się żeby wszystko miało sens.  Trud w obu przypadkach jest na pewno duży. Bądź co bądź każdy chce wypaść jak najlepiej. Uwielbiamy komplementy i kochamy być chwaleni. Dlatego im więcej pracy włożymy w przygotowanie posta, tym później większą satysfakcję zyskujemy z liczby pozytywnych komentarzy, jakie dostajemy od swoich obserwatorów. Tylko czy wszystkie komentarze są tak naprawdę szczere?
No tu już sprawa nie wygląda tak różowo! Niestety żyjemy w świecie, który oparty jest na kłamstwie i obłudzie. Przykre ale niestety prawdziwe! Z kłamstwem spotykamy się niemal każdego dnia! Kłamiemy w szkole (…proszę Pani ale ja się uczyłam…), w pracy (…Panie kierowniku dziecko mam chore, muszę godzinkę się zwolnić…), w domu (…Kochanie, nie zdążyłam wyrzucić śmieci, mógłbyś to zrobić za mnie?...). A ile razy zdarza nam się sytuacja kiedy to dzwoni telefon a w słuchawce miła pani łże jak pies, mówiąc, że specjalnie dla nas przygotowana została niesamowita oferta bankowa w postaci kompletnie darmowej karty kredytowej (darmowej?...taaa…jasne „SRAŁY MUCHY BĘDZIE WIOSNA”!). Oczywiście, jako osoby kulturalne, najczęściej wymigujmy się kłamstwem, mówiąc np. że nie mamy czasu (…no tak przecież oglądamy telewizję…). Kłamać uczymy się od małego więc nie dziwne jest to, że czasem nawet nie zauważamy gdy kłamiemy. Oczywiście co innego jeśli robimy to nieświadomie (koloryzując i naginając prawdę) a co innego gdy perfidnie i z premedytacją. Nie ważne czy kłamstwo jest wielkie i ma poważne konsekwencje, czy małe i „tylko” troszeczkę oszukujemy. Kłamstwo to kłamstwo! Małe czy duże jest NIEPRAWDĄ i już! Tak czy owak kiedy siadamy do pisania komentarzy, niestety często mijamy się z prawdą. Dlaczego? Z wielu powodów na przykład: z chęci zrobienia komuś przyjemności (kłamstwo w dobrej mierze), czasem w celu zyskania sobie przychylności innych (kłamstwo wynikające z egoizmu), czy uniknięcia konfliktu (kłamstwo z tchórzostwa). Chcemy być lubiani (taką mamy naturę). Jeśli będziemy kogoś krytykować, to sympatii raczej sobie nie zyskamy! Gdy ktoś pisze nam komentarz pozytywny, jesteśmy zadowoleni a każdą pochwałę przyjmujemy ochoczo. Jednak gdy usłyszymy/przeczytamy coś złego, często reagujemy agresywnie. Nie chcemy słuchać krytyki pod swoim adresem, dlatego często nie wygłaszamy jej pod adresem innych. Sprawa nie dotyczy plotkarskich portali internetowych, ponieważ tam mamy swego rodzaju anonimowość. W zamkniętych kręgach, gdzie prędzej czy później wszyscy się znają, jak choćby grupa kolekcjonerów lalek w Polsce, jest inaczej! Tu zachowanie anonimowości jest znacznie cięższą sprawą. Niestety inne poglądy od tych, które mamy, utożsamiamy z bezpośrednim atakiem na naszą osobę. Ciężko jest nam zrozumieć, że każda osoba jest inna, co innego przeżyła, inaczej została wychowana, z innymi ludźmi się spotykała, inne rzeczy miały wpływ na jej ukształtowanie - co w konsekwencji daje inne postrzeganie różnych rzeczy i sytuacji. Dlatego by uchronić się przed atakiem w postaci krytyki, sami nie wygłaszamy negatywnych opinii. Często wolimy sklecić dwa słowa pochwały niż jasno i wyraźnie napisać, że coś nam się nie podoba, że czegoś nie lubimy (bo np. nam się źle kojarzy). Wolimy zachować wizerunek miłej osoby i pochwalić. Z takiej pochwały mamy więcej korzyści. Jesteśmy bardziej lubiani, więcej osób odwiedza nasze blogi, więcej dostajemy komentarzy, generalnie zyskujemy przez to same korzyści. Pytanie czy warto za chęć bycia lubianym i chęć dostawania chwalebnych opinii, zatracać swoje własne zdanie? Osobiście uważam, że nie warto! Jako człowiek świadomy, wykształcony, wiedzący co lubi i czego od życia oczekuje, mający swoje wartości i przede wszystkim żyjący w zgodzie z własnym sumieniem – BĘDĘ WYGŁASZAŁ SWOJE OPINIE! Mogą się one nie podobać, mogą być niezrozumiane; mogą wywoływać burzę; kontrowersje; zniesmaczenie ale nie zamierzam siedzieć cicho i  być politycznie poprawny! Jeśli czegoś nie lubię -  POWIEM, jeśli coś mnie wkurzy – POWIEM, jeśli z czymś się nie zgodzę - POWIEM. Jeśli coś mi się spodoba – POCHWALĘ, jeśli nie - SKRYTYKUJĘ! Taki byłem, taki jestem i taki pozostanę!

Tym postem chcę sprowokować innych do refleksji. Niech każdy odpowie sobie na pytania: Czy woli być lubianym czy szczerym? Czy jego komentarze zawsze w pełni są odzwierciedleniem tego co naprawdę myśli?  i Czy warto unikać negatywnych opinii tylko dlatego, że to nie wypada?

Zapraszam do pisania komentarzy: pozytywnych, negatywnych za to merytorycznych i konstruktywnych. Niech każdy wyraża swoją opinie, to co uważa; to co czuje. Udowodnijmy, że nie jesteśmy bandą zdziecinniałych dziwaków, że potrafimy myśleć, że nasza pasja, która nas łączy - również nas dzieli, że jesteśmy, różni, kolorowi, inni od siebie, że potrafimy prowadzić dialog między sobą nie obrażając się przy tym jeden na drugiego. Podchodźmy do krytyki w sposób racjonalny, szanując inność drugiego człowieka. Amen.

W tym filozoficzno-rewolucyjnym poście zamieszczam zdjęcia lalek, które właśnie do mnie przybyły. Są nimi: „My Favorite Peaches ‘n Cream Barbie 1985”, „My Favorite Barbie Superstar 1977” i „My Favorite Brunette Bubble Cut Barbie 1962”. Ci, którzy uważnie czytali moje posty wiedzą, że jednym z moich marzeń było posiadanie właśnie „My Favorite Barbie Superstar 1977”. Jak widać Mikołaj przybył do mnie nieco wcześniej niż się spodziewałem…hmm…coś mi się wydaje, że będzie musiał przyjść jeszcze raz ;) Każda z lalek będzie miała swoją prezentację w oddzielnym wpisie. Dzisiaj przedstawiam „My Favorite Peaches ‘n Cream Barbie 1985”. Lalka ubrana jest w piękną biało-brzoskwiniową suknię. Posiada długie, materiałowe boa. Makijaż oka wykonany jest w kolorze jasnego fioletu wpadającego w lilaróż, natomiast usta umalowane są w odcieniu pomarańczowym.




wtorek, 15 listopada 2011

LALKA W PUDEŁKU CZY MOŻE BEZ PUDEŁKA?

Dzisiejszy post będzie dotyczył zagadnienia ważnego dla wielu kolekcjonerów. Postaram się w nim odpowiedzieć na pytania: Czy trzymanie lalek w pudełkach ma sens? i Czy faktycznie przechowywanie ich w fabrycznych opakowaniach chroni je przed zniszczeniem?
Wiele osób, kolekcjonerów, zakupuje lalki do swojej kolekcji w pudełkach w stanie „NRFB” sądząc, że posłużą im one przez kolejne dwadzieścia lat. Takie lalki są oczywiście bez zarysowań, ze wszystkimi dodatkami, nigdy nie wyjmowane z opakowania. Można powiedzieć stan idealny. No właśnie! Czy aby na pewno??? Ano niestety, muszę niektórych zmartwić, NIE SĄ! Lalka, która leży „nienaruszona” w pudełku, około dwadzieścia lat, wcale nie jest w stanie tak idealnym jakby nam się mogło początkowo zdawać. Kolekcjonerzy, którzy posiadają takie lalki, przeważnie przechowują je gdzieś na półeczce bądź w witrynce i takie niedotykane stoją sobie latami, będąc częścią kolekcji i ozdobą pokoju. Od czasu do czasu, z powodu osadzającego się kurzu, kolekcjoner delikatnie przeciera pudełko w celu jego wyczyszczenia, po czym z powrotem odkłada je na półkę. Niestety, w życiu nie ma nic, co by trwało wiecznie! Po prostu nie ma i już! Kiedy wyjmiemy taką lalkę z opakowania, okazuje się, że wiele elementów naszej lalki zostało uszkodzone przez czas, mimo iż zrobiliśmy wszystko, żeby zachować ją w jak najlepszym stanie. Wszystkie gumki, które zostały użyte do zrobienia fryzur czy ubrań, po tak długim okresie nic nie robienia, parcieją. Ci co odważyli się wyjąć taką dwudziestoletnią lalkę z pudełka, wiedzą ile wysiłku trzeba włożyć aby włosy wyczyścić. A pro po włosów. Jak wiadomo są bardzo cienkie, wykonane ze sztucznego tworzywa. Ich budowa cząsteczkowa (jeśli nimi nie poruszamy) również ulega zmianie a w konsekwencji popsuciu. Mówiąc najprościej w świecie: łamią się. Kiedy czesze się lalkę po raz pierwszy po wyjęciu z opakowania, to połowa włosów zostaje na grzebieniu. Powodem tego jest także to, że klej i supełki wykonane w czasie procesu wszywania lub wklejania, również ulegają zniszczeniu. Kolejnym problemem jest światło. Lalki pozostawione wciąż w jednej pozycji, na półce szafki czy witrynki, ciągle oświetlane są w ten sam sposób. Jeśli proces powtarza się kilka lat, non stop (w zależności od natężenia światła), część lalki trwale zmieni kolor! To samo tyczy się pudełek. Jeśli nie wyblakną pod wpływem światła, zniszczy je proces utleniania. Farby stosowane do malowania z czasem stają się kruche i nietrwałe. Ktoś nie wierzy? Oto dowód: wystarczy wziąć chusteczkę higieniczną i przetrzeć parę razy kilkuletnie pudełko. Farba schodzi. Jeśli pudełko jest nowe trzeba włożyć w to więcej wysiłku. Gdy już ma swoje lata delikatne przetarcie spowoduje, że farba będzie ścierać się bez problemu. Kolorowe opakowania mają to do siebie, że często farbują nóżki lalek. Guma niestety łatwo wchodzi w reakcje i się zabarwia. Następnym problemem z jakim możemy się spotkać, jest nietrwałość materiałów, z których wykonane są ubranka. Te uszyte trzydzieści lat temu stają się twarde, szorstkie a ich włókna pękają lub kruszeją. Ubranka wykonane w latach osiemdziesiątych, jeśli przez niemal trzydzieści lat były w zamkniętym pudełku, w miejscach zagięć stają się sztywne, łatwo się rozchodzą i oczywiście blakną. Nie mówiąc już o tym, że trzydziestoletnim zagięciom żadna siła nie przywróci świetności.
Zmorą są również elementy, które przytrzymują lalkę w pudełku (czyli elementy używane w procesie pakowania). Tu przytoczę przykład z własnego doświadczenia: lalka „Happy Holidays Barbie z 1991" ubrana była w aksamitną sukienkę. Druciki, które lalkę przytrzymywały, odgniotły a wręcz wytarły w stroju włoski aksamitu a miejsca wokół odbarwiły z zielonego na brązowy. Często się zdarza, że lalki „vintage” mają twarde buzie. Dlaczego? Ponieważ wykonane są z gumy a ta jak wiadomo po pewnym czasie zmienia się, parcieje i twardnieje w zależności od grubości (gęstość i grubość gumy wpływa na jej właściwości elastyczne i podatność na zmiany). Biżuteria, która wykonana jest z metalu także niszczy lalki - zabarwia gumę na kolor zielononiebieski. Kleje stosowane w produkcji pudełek również się starzeją, stają się kruche i w konsekwencji pudełko samo się rozkleja. Dlatego co byśmy nie robili, jak o te nasze lalki w pudełkach nie dbali, to i tak one samoistnie ulegają degradacji. Lalka musi „pracować”! Od czasu do czasu trzeba nią poruszać by zastały plastyk zmienił swoją pozycję, żeby elementy się nie psuły a plastyk nie kruszył. Warto co jakiś czas delikatnie przeczesać włoski aby się nie łamały. Powinno się przestawiać lalki, żeby światło nie padało na nie latami wciąż w ten sam sposób. Choć to i tak za wiele nie da, ponieważ często jest tak, że rączki czy tułowia lalek, zmieniają kolor. Nie zapobiegniemy temu. Kiedyś sam lalki trzymałem w pudełkach, nikt nie mógł ich dotykać bo zaraz była awantura, że się popsują. No właśnie! Dotykanie palcami też szkodzi. Nasza skóra wydziela tłuszcze, które to (nawet jak umyjemy ręce) i tak na nich pozostają. Archeolodzy nie dotykają swoich znalezisk gołymi palcami między innymi dlatego, że bardzo szkodzą dotykanym przedmiotom!

Dlatego aby lalka była jak najdłużej w stanie idealnym, trzeba by było ją zawinąć w szczelny, czarny worek foliowy, odessać powietrze wytwarzając próżnię aby nie mogło dochodzić do rozwoju bakterii i włożyć w ciemne miejsce pozbywając jej dostępu do promieni słonecznych. TO JEST NIEMOŻLIWE!!! Szkoda zdrowia i przekonywania samego siebie, że lalka w pudełku zachowa wieczną nowość i nam dłużej posłuży…
Pytam: Posłuży do czego? Do patrzenia na nią?! Ani ją dotknąć, ani ruszyć a i tak w końcu sama się rozleci, od pudełka począwszy! Z resztą trzeba sobie odpowiedzieć na proste pytania: Po co nam te lalki?, Czy są dla nas i mają nas cieszyć, czy wolimy na nie chuchać i dmuchać aby tylko się nie uszkodziły? Za dwadzieścia lat (jeśli już są „vintage”) i tak nie będą w świetnej formie. Najprawdopodobniej wyblakną, pożółkną (nawet jeśli ktoś nie pali to i tak mamy bardzo zanieczyszczone powietrze), włosy zaczną im wypadać, pudełka się porozklejają a ich wartość wcale nie wzrośnie (wartościowe są tylko egzemplarze pierwszego wydania, reszta lalek jak wiemy po dwudziestu, trzydziestu latach jedynie podwoiła swoją cenę a te naprawdę wyjątkowe i rzadkie potroiły). Więc jeśli teraz kupujemy lalkę za 200 zł, to za trzydzieści lat może dostaniemy za nią 600 zł, o ile będziemy na tyle zmotywowani by przechowywać ją w warunkach niemal sterylnych! Tak naprawdę pudełka chronią jedynie lalki nowe, co dopiero wyprodukowane, na okres około dziesięciu lat. Tylko trzeba wziąć pod uwagę, że współczesna produkcja odbywa się głównie w Chinach (bo tanio) a tam jak wiadomo aby zmniejszyć koszty, używa się najtańszych materiałów. Dzisiejsze ubranka dla lalek już po wyjęciu z opakowania się rozlatują więc wątpię by przetrzymały kolejne 30 lat i były sprawne. Na pytanie: Czy warto trzymać lalki w pudełkach? - niech każdy odpowie sobie sam i podejmie decyzję czy jest sens? Moim zadaniem nie warto i sensu nie ma! Lalki mają cieszyć przede wszystkim mnie! Nie zbieram ich po ty by KTOŚ je oglądał, są dla MNIE, na MÓJ własny użytek. Dlatego nie chcę ich jedynie oglądać ale i dotykać, fotografować, przebierać i cieszyć się z ich posiadania. Nie mam zamiaru martwić się, że się uszkodzą albo zniszczą. Jak się zniszczą to kupię sobie następne i już! A jeśli już chcemy tylko i wyłącznie na nie patrzeć, to jedynym sensownym rozwiązaniem, są specjalne witryny wykonane ze szkła, które odbija promienie słoneczne UV. Można również zamontować w nich lampy oświetleniowe, które nie wpływają na proces wybarwiania plastyku, materiału i gumy. Jedynie taka forma przechowywania zabezpiecza lalki od urazów mechanicznych, od promieniowania słonecznego i od zabrudzeń. No i prezentują się imponująco w takich gablotach! A pudełka sobie darujmy! Zostawiajmy w opakowaniach  jedynie lalki naprawdę drogie albo szczególne dla nas ze względów sentymentalnych. Kiedy jednak minie okres pięciu, dziesięciu lat, wyjmujmy je bo ich po prostu szkoda! Dlatego, że sami skazujemy je na „śmierć” w tych plastykowo-papierowych trumnach! Ich uroda przeminie a my nie będziemy mieli z nich żadnego pożytku! Amen.

W dzisiejszym poście „Happy Holidays Barbie 1992”. Jak widać poniżej Barbie jeszcze w pudełku (zdjęcia od 2 do 4) aczkolwiek już została z niego uwolniona. Zrobienie zdjęcia lalce w opakowaniu graniczy z cudem. A to ciągle odbija się światło lampy błyskowej od plastyku, a to widać refleksy świetlne na laminowanej części tektury. Żeby było ciekawiej, na zdjęciach robionych bez lampy, kompletnie nic nie widać. Jedyne ostre zdjęcia wykonane aparatem cyfrowym wychodzą na dworze, najlepiej w samo południe, przy maksymalnym natężeniu światła! Koszmar! Laleczka jest przepiękna. Suknia i opakowanie utrzymane są w srebrno-szarej kolorystyce. Oczy podkreślone są niebieskim makijażem. Usta umalowano na różowo. 




piątek, 11 listopada 2011

ŚWIĘTA, MIKOŁAJ I NIECHCIANE PREZENTY

Za oknem środek jesieni, mamy listopad więc już tylko czekać jak przyjdą: grudzień, święta, lepienie bałwana, ubieranie choinki i Mikołaj z workiem pełnym prezentów. Święta Bożego Narodzenia są moimi ulubionymi świętami. Już będąc małym chłopcem uwielbiałem ubierać choinkę, pomagać mamie w robieniu sałatki a tacie w przygotowaniu karpia i pieczeniu pasztetu z królika. W domu zawsze unosił się zapach pomarańczy z goździkami, pachniało świeżym świerkiem i ogólnie było cudownie. Przed moim rodzinnym domem, w którym się wychowywałem, oprócz szkoły, basenu i sieci sklepów, była i jest po dziś dzień, usypana ogromna góra piachu, która w zimie oblegana jest przez dzieci z przeróżnymi sankami, „ślizgami” i nartami. Zima zawsze była dla mnie najmilszym okresem w roku a święta kojarzą mi się ze szczęśliwym dzieciństwem. W naszym domu w Wigilię i kolejne dwa dni świąteczne, wszyscy siadali do stołu i zjadali przeważnie więcej niż powinni i mogli, co skutkowało potem natychmiastowym przejściem na dietę i odchudzaniem się przed zabawą sylwestrową (bo jak tu się wcisnąć w nowo zakupioną kreację czy garnitur, kiedy w pasie, ni stąd ni zowąd, przybyła kolejna, niechciana oponka?). Tak czy inaczej święta to dla mnie synonim radości, ciepła, miłej atmosfery, lenistwa i obżarstwa (ale w dobrym tego słowa znaczeniu). Jako mały chłopiec dostawałem zazwyczaj prezenty przeznaczone dla chłopców (co było oczywiście zrozumiałe). Były to roboty, resoraki, piłki, gry planszowe, albumy z naklejkami, książki (które później przeważnie się kurzyły) a nawet hantle i łyżwy. Pamiętam jednak święta, kiedy to pod moim drzewkiem znalazł się prezent, jakże inny od tych, do których byłem przyzwyczajony. Pewnego razu z dalekiej Laponi, po przebyciu setek kilometrów i wślizgnięciu się do mojego domu (nie wiadomo jak bo komina nie posiadaliśmy w naszym mieszkaniu w bloku), Mikołaj pod choinką pozostawił dla mnie Kena…No dobra, nie Mikołaj a chrzestna i nie Kena a Keno-podobną lalkę „Made in China”. Ken był nurkiem i posiadał bardzo wiele dodatków takie jak: okulary-gogle, butla tlenowa, czarny kombinezon, płetwy, noże, harpuny i inne, dziwne rzeczy potrzebne do poznawania głębin oceanu a w zasadzie to mojej wanny, ewentualnie miski z wodą (no cóż wanna pełna wody po to by Ken mógł popływać, nie wydawał się mojej mamie zbyt genialnym pomysłem ale na miskę z wodą już tak nie narzekała). O ile wszystkie gadżety Kena-nurka zagubiły się na przestrzeni lat, to on sam nadal trzyma się w całkiem niezłej formie (biorąc pod uwagę co biedak przeżył) i wciąż pozostaje moją własnością (chyba jestem sentymentalny, bo na pewno nie trzymam go z pobudek kolekcjonerskich czy estetycznych). Ponieważ wielkimi krokami zbliża się grudzień stwierdziłem, że najwyższy czas zacząć robić świąteczną listę prezentów. Bądź co bądź to pewne ułatwienie, kiedy o tych rzeczach pomyśli się wcześniej a nie w ostatnich dniach, co przeważnie kończy się zakupieniem czegokolwiek i za potrójne ceny. Oczywiście pierwszą moją myślą (jakże egoistyczną) było co by tu…SOBIE…kupić na gwiazdkę (skoro umiesz liczyć, licz na siebie, jak mówi przysłowie a skoro mamy „PRAWIE” święta, to czemu by SOBIE czegoś nie zafundować :) Zawsze byłem zdania, że najlepsze prezenty dostaje od…samego siebie. Zawsze są trafione, zawsze oczekiwane; zawsze wzbudzają radość i nie trzeba się wysilać na sztuczny uśmiech zadowolenia, podczas gdy w głowie przebłyskuje tylko jedna myśl…”Boże, co to za koszmar!”. Nie zrozumcie mnie źle, wiem, że liczy się gest i dobre chęci ale czasem wyobraźnia tych co obdarowują, nieco ich ponosi, a biedny obdarowany nie bardzo wie jak zareagować na dany upominek. Nigdy nie lubiłem prezentów tak zwanych „śmiesznych” (absolutnie nie są w moim stylu a „SIEDZĄCA PANI NA SEDESIE” czy „NAGI PAN Z WIELKIM PRZYRODZENIEM”, nie wzbudza we mnie zachwytu a co najwyżej niesmak). Mam dość specyficzny gust, wiem co lubię i ciężko mnie zadowolić. Z natury, jako zodiakalne lwiątko, jestem wymagający i bardzo konkretny, lubię rzeczy dobrej jakości, efektowne, niestety czasem drogie, będące lub wydające się ekskluzywnymi. To samo tyczy się perfum. Skarpetki w paski czy świąteczne zestawy zapachowe, tak popularne w sklepach w czasie świąt, po prostu nie są dla mnie i już! Dlaczego? Ponieważ uważam, że zapach musi pasować do człowieka, współgrać z naturalną wonią jego skóry i podkreślać osobowość. Dlatego też, sam nie kupuję ani dezodorantów ani wód perfumowanych innym na prezent, chyba, że ktoś ma takie życzenie i poprosi o konkretny produkt. Źle dobrany zapach stoi potem przez dwa, trzy lata w szafce w łazience i tylko się kurzy (no bo przecież to prezent, głupio wyrzucić a nuta zapachowa taka, że muchy w locie padają). Więc co roku, systematycznie przed świętami, głośno i wyraźnie, wygłaszam swoje poglądy przed wszystkimi by ustrzec się przed niechcianymi prezentami. Niestety efekt jest taki, że i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto najprawdopodobniej wychodzi z założenia, że zakupy świąteczne robi się w ostatnim dniu i zakupuje dla każdego członka rodziny po świątecznym zestawie. W moim przypadku zestaw ten ląduje oczywiście w wyżej wymienionej szafce łazienkowej, gdzie spokojnie czeka na koniec przydatności do zużycia, po której to (z moim, czystym sumieniem) kończy w koszu na śmieci (O jej przeterminował się, trzeba wyrzucić…). Dlatego też jak co roku i w tym prezent na gwiazdkę kupię sobie sam (a w zasadzie zapłacę za niego bo resztą ma się zająć Mikołaj!). Ponieważ na chwilę obecną największą radość sprawiają mi lalki, to chcę by w te święta pod drzewkiem zawitała do mnie „My Favorite Barbie Superstar 1977”.

Tak więc Drogi Święty Mikołaju biorąc pod uwagę, że byłem bardzo grzecznym chłopcem w tym roku (tzn. no może byłem troszkę niegrzeczny ale to zupełnie inna historia, jeśli wiecie o czym mówię), pod choinkę chcę dostać Barbie :) Spraw by nie było opóźnień na poczcie międzynarodowej, żeby lalka przyleciała w stanie nienaruszonym, niech sprzedawca okaże się uczciwy i nie czeka dwóch tygodni z wysyłką! Bo wiesz Mikołaju, jak coś będzie nie tak, to zapomnij o ciasteczkach i mleku! Mój drogi coś za coś, nie ma lekko! Jest kryzys, są ciężkie czasy. Wszyscy mamy pod górkę, to już nie przelewki! Nie zawiedź mnie ;)

Ps. Ach Mikołaju zapomniałem wspomnieć, jak możesz, to weź też ze sobą telewizor plazmowy, nie musi być duży - 42 cale wystarczą, I-Phona 4 i jakiś mały zestaw kina domowego, tak z ośmioma kolumnami - więcej naprawdę nie potrzeba….

Przechodząc do meritum, dzisiaj przedstawiam moją, wspaniałą, cudowną i piękną laleczkę: „Happy Holidays Barbie 1989”. Jak widać, ma ona na sobie białą, dwuwarstwową suknię z gorsetem, z czego wierzchnia część dołu sukni obszyta jest białym futrem. Spodnia to brokatowa, marszczona, tiulowa halka. We włosach lalka ma wpiętą ozdobę w kształcie płatka śniegu. Barbie posiada również czerwoną biżuterię i ciekawy makijaż. Powieki, po sam łuk brwiowy, pomalowane są na kolor niebieski, natomiast usta na kolor ciemnej czerwieni. Cały strój wieńczy podtrzymywane rękoma, zarzucone na ramiona, białe futrzane boa.





sobota, 5 listopada 2011

AUKCJA

W dzisiejszym poście historia z życia wzięta czyli zakupy na Ebay-u. Każdy kolekcjoner wie, by kolekcja nabrała kształtu a przede wszystkim liczebności (żeby w ogóle można było swój zbiór nazwać kolekcją) trzeba zaopatrzyć się w kilka ciekawych egzemplarzy. No i tu pojawia się problem! Lalek sprzed dwudziestu lat w sklepie się nie kupi, w Polsce targów z lakami raczej nie widziałem (oczywiście po za targami staroci ale tam to bardziej lalkowe zwłoki można dostać!). Jedyna szansa aby nabyć coś ciekawego to zrobić zakupy w necie. Mamy to szczęście, że żyjemy w dobie Internetu gdzie kupowanie nawet z najdalszego kraju to już nie przeszkoda. Pewnego pięknego wieczora, w celu relaksacji, zasiadłem przed komputerem (no cóż…niektórzy malują, rzeźbią, robią decoupage, słuchają muzyki albo po prostu oglądają telewizję) a inni, tacy jak ja, surfują w Internecie. Tak czy inaczej zawsze w końcu trafiam na stronę Ebay-a, a nóż widelec jest coś nowego? (no oczywiście, że jest, przecież z Ebay-a korzysta połowa świata!). Ebay nie taki straszny jak go piszą, wystarczy znać język (najlepiej angielski) a zakupy staną się łatwe, proste i przyjemne (slogan niczym z reklamy). Zasada działania jest bardzo prosta: szukamy, licytujemy, płacimy, czekamy na przesyłkę, dostajemy ją, cieszymy się, wystawiamy pozytyw…(no cóż… W TEORII). Na pierwszej stronie nie znajdziemy np. informacji o tym, że zakupy mogą spowodować u nas stany dalekie od euforycznej radości czy choćby zadowolenia, a już na pewno nie ma nic na temat utraty zdrowia! Powiedzmy, że chcemy zakupić lalkę, tę jedyną, niepowtarzalną, bez której nasza kolekcja nie może istnieć. Więc szukamy! Po kilku minutach wertowania kolejnych stron znajdujemy! Mieliśmy oczywiście pecha (jak to przeważnie bywa!) i nasz, jedyny egzemplarz dostępny w sieci, znajduje się na drugim końcu świata, za wielką wodą, w kraju hamburgerów i frytek, w USA.
Jeśli mamy choć odrobinę szczęścia to możemy ją zakupić od razu. Cena zawsze jest wysoka ale przynajmniej nie musimy czekać kilku dni do zakończenia aukcji (najczęściej jednak, jak to w życiu, tak różowo nie jest). Sprzedający, gatunek ludzki - czytaj chciwy, wycwanił się i zamiast konkretnej ceny woli klienta pomęczyć by ten w przypływie bezmyślności dał cenę wyższą niż dany produkt jest tego wart. Jeśli już się nad kupującym zlituje, to da możliwość zakupu poprzez „KUP TERAZ!” ale zazwyczaj doliczy 50% marży bo złą istotą jest! O.K. Jestem jeszcze w stanie to zrozumieć ale niech mi ktoś odpowie na pytanie, jaki jest sens torturować biednego klienta i wystawiać przedmiot na aukcji (bez możliwości kupna poprzez „kup teraz”) na 28 dni ??? (TAK, 28 dni - prawie miesiąc!). Ja tego nie wiem! No tak, ale czego nie robi się aby zdobyć ukochaną lalkę? W moim przypadku, tym razem, miejscem lokalizacji upragnionej Barbie były Niemcy. Zakończenie aukcji za 4 tygodnie! Jak zwykle pod wpływem chwili stwierdziłem: kupuję! a że w „KUP TERAZ!” kliknąć nie mogłem, to…cóż trzeba poczekać, innej rady nie ma...
No i się zaczęło:
Krok pierwszy: Dodaj do obserwowanych aukcji…KLIKAM…
Krok drugi: Ustaw przypomnienie w telefonie 28 dni od teraz…O.K.
(przez najbliższe cztery tygodnie myśl o aukcji, że fajnie byłoby ją wygrać)
Potem pozostaje jedynie okres oczekiwania:……tydzień……drugi……trzeci…..wreszcie upragniony dzień!
PRZYPOMNIENIE (telefon dobra rzecz, pamiętał!)
Została godzina do zakończenia aukcji (ja zawsze mam takie szczęście, że aukcja kończy się gdzieś około 4 w nocy! ta kończyła się wyjątkowo wcześnie bo o 23:48).
Godzina 22:48: - ciśnienie w normie 120 na 80….Boże, jak ten czas się wlecze, chyba coś przekąszę…
Godzina 23:00: - Eeee…jeszcze 48 minut…hmm…to może zerknę jeszcze raz na aukcję, może coś przeoczyłem, muszę się upewnić czy lalka jest w dobrym stanie (bądź co bądź kupuję kota w worku)…Sprawdzam…zarysowań nie widać, kolor nie jest wyblakły, unikat, pudełko całe,  „NRFB”, cena na razie ujdzie… Jestem pewien, KUPUJĘ!
Godzina 23:20: - ciśnienie 130 na 85, czuć lekkie podenerwowanie, oczekiwanie na finał jest koszmarne (bez dwóch zdań!).
Godzina 23:30: - Z pokoju słychać głos…”pies by chyba na dwór wyszedł, tak się kręci, teraz twoja kolej”…
- TERAZ???  (Myślę sobie, chce to niech idzie, przecież mu nie bronię. Kręci się bo spać nie może! Teraz nie mogę. Aukcja rzecz święta (z resztą miesiąc wyczekiwana). Nie ma mowy, wytrzyma do rana, najwyżej użyję mopa.
Godzina 23:40: - ciśnienie 150 na 90 – O Matko Boska! Jeszcze osiem minut… no idzie człowiekowi jajo znieść! Normalnie to czas ucieka a teraz to i sekundy się dłużą, można umrzeć z nudów.
Godzina 23:45: - ciśnienie 170 na 95…już tylko 3 minuty, zaczynam główkować…ile by tu wpisać? Zaraz , jest 5 euro, muszę dodać wysyłkę, wysyłka 16 euro ( kalkulator w rękę, obecny kurs, zaokrąglić do 4,50 zł, 16 x 4,5 zł, kurcze wysyłka sporo ale co tam! TAKA OKAZJA, no grzech nie kupować, tylko żeby mnie nie przelicytowali!!! Dam 20 euro albo nie, dam 25…(25 x 4,50)…no jeszcze się mieszczę w swoim limicie.
Godzina 23:46: - ciśnienie180 na 100, Boże Ty Mój jeszcze tylko minuta…….
Odśwież…Odśwież…Odśwież…Odśwież…Odśwież…… Jezus Maria poniżej minuty
40 sekund do końca: -….ZACZYNA SIĘ…z 5u euro doszło do 10u, idzie dalej…już 18e
- Nie, nie, nie, nieeeee…
30 sekund do końca:…Wpisuję 28 euro…może mało?, (nie no czekałem 28 dni) a co tam wpiszę 40!…Matko! a ile to w ogóle jest? (szybkie kalkulacje w głowie, pach pach, razy dwa, zaokrąglić)
20 sekund do końca: - wpisuję, licytuj, potwierdzam, KLIKAM…
KOMUNIKAT: przykro nam zostałeś przelicytowany czy chcesz powrócić do licytacji?...
 - ŻE CO??? Powrót! No dawaj szybko, no ruszaj się ty stary rzęchu (jakby laptop mnie słuchał a moje krzyki miałyby go przyśpieszyć!)
- Raz kozie śmierć! Najwyżej nie będę jadł przez tydzień…50 euro!!!
5 sekund do końca licytuj:….NO! NO! NO! NO! DAWAJ!...........................
Komunikat: - ZOSTAŁEŚ PRZELICYTOWANY cena końcowa 50,25, aukcja zakończona! Sekunda po zakończonej aukcji: - ciśnienie 220 na 120, ZAWAŁ I ZATRZYMANIE AKCJI SERCA!
Kolejne 2 sekundy później:
- A rzesz ty &^^^**^&&%$^$^$^$^ MAĆ &%&$^@^ NO JA &(&*&^*&*&*&!!!!!!!
(I tak mniej więcej przez najbliższe 5 minut!)

Podsumowanie:
Minusy: 28 dni czekania poszły na marne. Wypowiedzenie na głos wszystkich, znanych przekleństw w języku polskim jak i angielskim. Zawał serca, nieprzespana noc po aukcji, zły humor i stracone zdrowie!
Plusy: Zaoszczędzone pieniądze za przedmiot: 50 euro, zaoszczędzone pieniądze za przesyłkę 16 euro, nauczka na całe życie: BEZCENNA!

Dzisiaj przedstawiam kolejną piękność z mojej kolekcji: „Royal Enchantment Barbie 1995”. Laleczka ubrana jest w cudowną, zielono-złotą suknię. Ma delikatny zielono-różowy makijaż oczu i krwistoczerwone usta. Na wstążce we włosach znajdują się dwie różyczki (złota i zielona). Barbie posiada również biżuterię dopasowaną kolorystycznie do stroju.




Ps. Wszelkie pytania do mnie proszę wysyłać na adres: kensuperstar@interia.pl
Na wszystkie bardzo chętnie odpowiem.