O mnie

Moje zdjęcie
Imię: Marcin. Znak zodiaku: Lew. Człowiek o stu twarzach, miłośnik zwierząt i dobrego jedzenia. Typ: Samotnik mający swój świat, dusza artystyczna. Chłopak o wielkim sercu i jeszcze większym EGO. Zachwycam się drobnymi rzeczami, nie toleruję kłamstwa i fałszywości. Pasjonat i kolekcjoner.

środa, 14 marca 2012

I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ AŻ DO ŚMIERCI…

…albo Cię zostawię po roku, jak się nie nauczysz zakręcać tubki po paście do zębów i wyciągać włosów z umywalki…

Ostatnimi czasy przebywałem w mieście rodzinnym i zawitałem do domu swych dziadków. Jako idealny (oczywiście tylko w swoim mniemaniu) wnuk odwiedziłem ich by nieco pogaworzyć o życiu, o problemach i ich zdrowiu. Na moje nieszczęście w pewnym momencie rozmowa zeszła na niezwykle delikatny temat a mianowicie dotyczący mojego STANU CYWILNEGO. W ich rozumowaniu mężczyzna w wieku dwudziestu ośmiu lat jest już tylko o krok od zapracowania sobie na miano starego kawalera…TAK, nie przewidzieliście się! Można powiedzieć, że w oczach dziadków jestem już strasznie stary a moim priorytetem powinno być jak najszybsze ustatkowanie się. Najlepiej żebym przy tym budował dom, sadził drzewa i płodził niezliczoną liczbę potomstwa…oczywiście z „kobietą płci żeńskiej”…O nie moi kochani, nie ze mną te numery! Ani myślę poddawać się presji rodzinnej. W moim odczuciu dwadzieścia osiem lat, to dopiero rozgrzewka, w maratonie zwanym życiem. A już „STARY” - to ja na pewno nie jestem! Za to dla mojej, ciotecznej siostry ratunku już nie ma! Dziewczę w zeszłym roku przekroczyło magiczną liczbę trzydziestu lat więc oficjalnie została STARĄ PANNĄ! Samotna i bezdzietna dziewczyna po trzydziestce, to niestety kobieta stracona! Dla moich dziadków szczęście w życiu kobiety może dać jej jedynie zamążpójście przed dwudziestym piątym rokiem życia…bo dwadzieścia sześć, to ostatni dzwonek by zajść w ciążę!!!…Cóż…jakby to ująć żeby nikogo nie obrazić?…. powiem dyplomatycznie - osoby starsze należy szanować…i … NIE PRZEJMOWAĆ SIĘ TYM JAKIE BZDURY CZASEM PLOTĄ! Ot co! Może mało kulturalnie ale szczerze. Dzisiejszy świat daje tyle możliwości na realizowanie siebie czy to zawodowo, czy w miłości (przynajmniej w Polsce nie ma małżeństw aranżowanych - czytaj przymusowych) więc nie widzę najmniejszego powodu by ładować się w formalne związki? Oczywiście jak ktoś jest przekonany, że chce, to oczywiście wolna droga, nie widzę przeszkód. Dobrze jeśli w małżeństwie panuje zgoda i wszystko się układa, gorzej gdy pojawiają się schody, związek się rozpada i dochodzi do sprawy rozwodowej. Jeśli obydwojgu zależy na rozstaniu, to da się wszystko załatwić w miarę szybko ale jeśli dojdą do tego awantury o pieniądze, to rozwód może trwać nawet kilka lat. Rozwieść się to jedno ale podział majątku - to jest dopiero koszmar! Dlatego uwolnienie się całkowicie od tej drugiej osoby, bywa czasem bardzo trudne. Oczywiście dziadkowie w swoim wyidealizowanym świecie, nie myślą o rozwodach ani o problemach związanych z wychowywaniem dzieci we współczesnym świecie. A już myśl, że nie każdy jest stworzony by być rodzicem, jest dla nich nie do przyjęcia. Cóż…gen odpowiedzialny u mnie za uczucia ojcowskie, instynkt tacieżyński czy chęć przedłużenia gatunku albo umarł, albo śpi niebywale mocno. Wizja zmieniania pieluch, nie jest dla mnie! Małżeństwo też nie! Nie widzę nic złego w życiu na „kocią łapę”. A to co inni sobie myślą nigdy mnie nie interesowało. Jak się komuś coś nie podoba, to ten ktoś ma problem bo ja zawsze robię to, co uważam za słuszne. Póki co uwielbiam wydawać pieniądze na siebie, spełniam wszystkie swoje najbardziej egoistyczne zachcianki, podróżuję w przeróżne miejsca i używam życia wyciskając z niego co się da. Na dzieci MOŻE (???) przyjdzie kiedyś czas ale jeśli już (o ile w ogóle), to dopiero za kilka lat. Tak więc wizyta u dziadków zakończyła się niczym innym jak tylko jedną, wielką awanturą, gdzie w końcowej fazie wszyscy próbowali się przekrzykiwać i wygłaszać swoje racje. A teraz morał dzisiejszej bajki: najlepszym argumentem przemawiającym za tym abym powstrzymał się od prokreacji, to myśl, że potomek mógłby odziedziczyć mój charakter. Jeden diabeł na świecie w zupełności wystarczy :)

Dzisiaj przedstawiam trzecią już Barbie z serii lalek jajeczno-wielkanocnych. Jest nią „Easter Barbie 1997 AA”. Lalka jest ubrana w krótką sukienkę z nadrukiem w zające, pisanki i kwiatki (jakże oryginalnie - nieprawdaż?). Na głowie i ramionach ma różowe kokardki (nie ma to jak przewiązać sobie nad czołem kokardę większą od głowy). Osobiście nie przepadam za lalkami czarnoskórymi, od „małego” Barbie utożsamiałem jedynie z jasnolicą, blond pięknością. (Ciekawostka: według badań 98% dzieci do lat 6 obu płci wybierze lalki o blond włosach. Są dla nich bardziej atrakcyjne.) Ja ewidentnie należałem do tej grupy (i nadal należę!). Barbie murzynki uważałem za lalki drugiej kategorii…Niestety jest w tym coś prawdziwego - lalki „AA”, w porównaniu z lalkami białej rasy, przedstawiające ten sam model, zawsze są tańsze a z punktu kolekcjonerskiego mniej wartościowe. Co jest paradoksem bo przecież lalek „AA” jest po prostu mniej. Brzmi trochę rasistowsko ale takie są realia. Wystarczy sprawdzić na Ebay-u. Ceny lalek „AA” są zawsze niższe. Co oczywiście nie zmienia faktu, że wiele z nich jest czasem ładniejszych od swoich „białych” odpowiedniczek. Wesołego Alleluja! ;)