O mnie

Moje zdjęcie
Imię: Marcin. Znak zodiaku: Lew. Człowiek o stu twarzach, miłośnik zwierząt i dobrego jedzenia. Typ: Samotnik mający swój świat, dusza artystyczna. Chłopak o wielkim sercu i jeszcze większym EGO. Zachwycam się drobnymi rzeczami, nie toleruję kłamstwa i fałszywości. Pasjonat i kolekcjoner.

czwartek, 25 października 2012

CIASTO Z JABŁKAMI...

        Nic tak dobrze nie kojarzy mi się z domowym ciepłem i przyjazną atmosferą jak zapach pieczonego ciasta! Muszę jednak przyznać, że pieczenie to sztuka, której ostatnio oddaję się dość rzadko! Powód jest oczywiście prosty, mianowicie: LENISTWO! Wrodzona skromność nie pozwala mi się chwalić ale moje zdolności kulinarne są tak fenomenalne,  że taka Magda Gessler mogłaby przy mnie co najwyżej myć garnki. Ech… to wręcz przekleństwo być takim doskonałym!... Hmmm… No dobra, troszkę oszukuję ;) kiedy ciasto nie wychodzi bluzgam i krzyczę na piekarnik (jakby mnie rozumiał) i obwiniam wszystkie, możliwe produkty sądząc, że były one najprawdopodobniej stare, przez co moje, wielogodzinne poświęcenie poszło na marne! Tak czy inaczej ostatnio (po Bóg wie jak długim czasie abstynencji pieczeniowej) miałem okazję poszaleć w kuchni. Pewnego dnia, podczas spaceru, robiąc „window-shopping”, wpadłem na genialny pomysł, że zjadłbym szarlotkę ale oczywiście taką domową, pachnącą cynamonem. Hmm… Nic prostszego! - pomyślałem. Jeśli czegoś się chce (choćby nawet takiej drobnostki) to trzeba to zrealizować! Dlatego też bez wahania postanowiłem udać się na małe zakupy do sklepu, po produkty do wypieku. Oczywiście będąc na miejscu stwierdziłem, że szarlotka lubi pływać… (Choć to chyba rybka lubi pływać? Trudno, nie rozdrabniajmy się!)... W każdym bądź razie doszedłem do wniosku, że wino deserowe musi być! Jak szaleć to szaleć! Kiedy wróciłem do domu (obładowany oczywiście jakbym przynajmniej miał organizować wigilię) zacząłem robić tego gniota. No i się zaczęło! Miska za mała, garnek zajęty, noże nieostre, foremka zardzewiała… No ale myślę sobie… spokojnie, będzie dobrze… (No cóż! Nie było!) Po godzinnej mordędze z ubijaniem, odmierzaniem, ucieraniem i obieraniem (a o zmywaniu to już nawet nie wspomnę) upiekłem cudownie pachnący ZAKALEC! Na gorąco zjeść się tego nie dało, na zimno twarde to było jak kamień. Jabłka kwaśne, ciasto niewyrośnięte a foremka spalona! No co za czort! Morał z tego taki: jak mi się następnym razem zachce piec ciasto… to sobie kupię pączka! Zasłodzę się i mi ta ochota przejdzie… Dzięki Bogu, że kupiłem wino bo to był jedyny plus tego „pieczenia”…

A skoro o domowej atmosferze wspomniałem, to chcę się pochwalić… POKOJEM! Tak Moi Drodzy! Oto pokój Barbie należący w skład serii „Living Pretty Barbie”. Niemalże nie do dostania i drogi jak jasna cholera! W skład domu wchodziły cztery pomieszczenia: kuchnia, łazienka, sypialnia i pokój z kominkiem. Producenci byli cwani i oczywiście mebelki sprzedawane były oddzielnie a żeby skompletować całość trzeba było wydać fortunę! (W różnych krajach mebelki te, pojawiały się pod innymi nazwami: "Sweet Roses" czy "Pink&Magic", wyglądały podobnie jednak różniły się detalami) Ja jestem dumnym posiadaczem pokoju z kominkiem, rozkładanej sofy i rozkładanego fotela. O ile nie jestem entuzjastą domków, to do tego mam sentyment bo ta reklama w młodości wręcz krzyczała do mnie: „KUP MNIE!” :)