O mnie

Moje zdjęcie
Imię: Marcin. Znak zodiaku: Lew. Człowiek o stu twarzach, miłośnik zwierząt i dobrego jedzenia. Typ: Samotnik mający swój świat, dusza artystyczna. Chłopak o wielkim sercu i jeszcze większym EGO. Zachwycam się drobnymi rzeczami, nie toleruję kłamstwa i fałszywości. Pasjonat i kolekcjoner.

środa, 30 kwietnia 2014

RELAKS... czyli pobyt w SPA :)

Dobra robaczki, weekend majowy niemal się zaczyna, dlatego najwyższa pora coś napisać i podzielić się swą mądrością z innymi, co by wzbogacać ich o wiedzę i swe doświadczenie. Dzisiaj relacja, niemalże na żywo, z pobytu w gabinecie odnowy biologicznej.

Pomijając fakt, że od lat jestem zwolennikiem zdrowego żywienia i w ogóle zdrowego podejścia do życia, to muszę przyznać, że w praktyce jest z tym różnie. Co prawda od 15 lat jestem na diecie laktoowowegetariańskiej, co teoretycznie powinno zapewnić mi smukłą sylwetkę, zdrowie i witalność, ale niestety mam jedną słabość… ogólnie kocham żreć :) Nieważne co, ważne żeby dobre i dużo! Dlatego często zmuszony jestem przechodzić na diety odchudzające, co by się nie toczyć jak kula!

Jak wszystkim już wiadomo, pół roku temu po zrzuceniu 22 kilogramów, zaprzestałem diety odchudzającej, bo zacząłem przypominać szkielet. Oczywiście zrzucić zbędne kilogramy, to żadna sztuka, milion razy trudniej utrzymać efekt końcowy.

Dlatego teraz, po świątecznym obżarstwie, przyszła pora na ważenie… Boże, odwlekałem ten moment w nieskończoność, myśląc, że jak jeszcze poczekam, to pewnie waga wykaże mniej niż było to prawdopodobne… Nie oszukujmy się mazurek, babka i sałatka z majonezem, to nie jest dietetyczne jedzenie!

 Tak czy inaczej, we łzach i bólach, stanąłem na wadze i…

…okazało się, że trzymam wagę, różnica to 370 gram, więc jest to dopuszczalny margines :) Uff „senkiu lord”!

No tak, ale to nie zmienia faktu, że teraz trzeba trzymać fason i podtrzymywać dobre nawyki (a raczej je w końcu stosować). Koniec z wymówkami, że jeden batonik nie zaszkodzi!

Jednak obiektywnie rzecz biorąc, to przecież jakaś nagroda, za ten poniesiony trud, się człowiekowi należy. Dlatego doszedłem do wniosku, że sobie umilę dzień i polecę do SPA! A co! Kto bogatemu zabroni?

No więc po „wygooglowaniu” najbliższych kompleksów upiększających, z ofertą skierowaną do panów, wybrałem (na oko) najbardziej zachęcający gabinet i udałem się przeżywać RELAKS…

Nie wiem co ja sobie myślałem, ale po pierwsze: to nie był żaden relaks tylko jedna, wielka męczarnia!
Nie wiem co mnie podkusiło żeby zapisać się na masaż? I to jeszcze do faceta! Koleś tak mnie gniótł, że myślałem, że chce mnie rozwałkować jak ciasto na stolnicy! Wszystko mnie bolało!

Po drugie już wiem, że sauna to miejsce absolutnie nie dla mnie! Dwa miliony stopni, brak powietrza i niewyobrażalna duchota. Po wyjściu czułem się jakbym przebiegł maraton na kolanach, do tego tyłem i na czworaka!

Oszołomiony, rozwałkowany i do tego niemal uduszony, z energią leniwca, ległem na fotel zabiegowy. Pomijam fakt, że prawie zasnąłem, bo byłem tak padnięty, to kazano mi się odprężyć i słuchać jakiegoś gdakania i ćwierkania kanarków, kiedy to młode dziewczę (z resztą bardzo miłe) „maziało” mnie pędzlem po twarzy, jakąś bliżej nieokreśloną, cudowną substancją, która ponoć regenerowała skórę i zapobiegała zmarszczkom. Generalnie było mi wszystko jedno, czy smaruje mnie glinką, czy majonezem. Jedyne o czym myślałem, to żeby zjeść kawałek pizzy, co by nie zejść z tego świata, z gębą umazaną błotem!

Efekt… Byłem bardziej zmęczony niż przed pójściem na te "cudowne" zabiegi, moja cera była jedynie nieco bardziej natłuszczona i nawilżona, za to portfel był chudszy o trzy przegródki!

O NIE! NIGDY WIĘCEJ! Moja rada: - Chcesz się zrelaksować? Kup sobie paczkę chipsów i obejrzyj dobry film, ewentualnie wyśpij się porządnie, a SPA zostaw dla tych, którzy chcą jedynie szpanować przed innymi, jest to totalna strata pieniędzy, efekt żaden, a zmęczenie murowane!

A teraz przed Wami wcześniej zapowiadana "Teacher Barbie 1995" - ENJOY! :)













 Pozdrawiam serdecznie. Peace, Love and Orzeszki :)

piątek, 11 kwietnia 2014

Haute Couture De La Lump :)

Witajcie Kochani :) Po tych wszystkich listach i niezliczonej ilości maili z pytaniami kiedy powrócę, pomyślałem, że ulegnę i się odezwę, co by Was takich smutnych nie pozostawiać.

Jedni posty pisali posądzając mnie o zejście z tego świata na dobre, zajadając się przy tym makaronem ze szpinakiem, inni zalewali łzami po moim odejściu. Ja rozumiem Was doskonale i cierpiałem razem z Wami, bo wiem przecież, że nikt nie może zająć miejsca takiego słodziaka jak JA… No cóż, to przekleństwo być takim doskonałym! Na szczęście wrodzona skromność nie pozwala mi zanudzać Was listą moich zalet, która z resztą i tak jest zbyt długa, aby ująć ją w jednym poście…

Podczas okresu wstrzemięźliwości blogowej zauważyłem, że beze mnie, to już nie to samo. Internet wręcz krzyczał bym coś napisał, przelewając nieco swego blasku na Was drodzy, szarzy odbiorcy i czytelnicy moich wzniosłych i iście wspaniałych historii, okraszonych wszelako wysoce chwalebnym mnie bełkotem! Dlatego by nie przyczyniać się do powiększania wskaźnika samobójstw, przytoczę Wam moją, niedawną, fascynującą przygodę. Miejsce akcji lump!… Uwaga zaczynam!

Tak więc ostatnio zabłądziłem do pewnego lumpa, w którym to dział z lalkami jest całkiem spory i jak się ma szczęście, to można w nim coś fajnego trafić. Tyle, że dział ten, jest umieszczony w jednej sali z ciuchami dla dzieci. No niby logiczne. Dzieci, zabawki, śpioszki – no ma to jakiś sens.

Przekopując jakieś 50 kilo śmieci i połamanego plastiku, charcząc oraz odkrztuszając kurz i farfocle z pluszaków, znalazłem jedynie jeden but dla Kena! Po co mi jeden but? – spytacie.  Ano po to, że jak mi się jeden zepsuje, to będzie na wymianę. Już kiedyś miałem taką sytuację, że bucik pękł, więc nauczony doświadczeniem, stwierdziłem: - biorę!

Napuszony jak paw, krokiem łani na wybiegu, podążałem, ku pani stojącej za kasą, w celach uiszczenia opłaty za kenowy pantofelek, kiedy to nagle i niepostrzeżenie, z otchłani podłogi, wynurzyła się jakaś kobitka. Na oko lat 45, postury małego słonia, zgrabna jak traktor, wymalowana jak klown, do tego z uśmiechem pokazującym obie protezy…

- Czego Pan szuka? - pyta wpatrując mi się jakbym co najmniej ukradł kasę fiskalną..
- Niczego konkretnego, tak się rozglądam… - odpowiedziałem poirytowany.
- Wie Pan, mamy piękne spodnie, idealne dla Pana… - rzekł traktor.
- ????? Że co? „Se” myślę: „jesteśmy w dziale dla dzieci, no kuźwa ja mam 31 lat… to lekka przesada!
No ale milczę…może pani pomyślała, że jestem fetyszystą pieluch…
… i oczywiście do mnie gada, zastawiając jedyną drogę ucieczki… po czym zaczyna pokazywać te ino perełki z najnowszej kolekcji „Haute Couture De La Lump”…

- Pan taki szczuplutki, na pewno wejdą, teraz takie modne…

(Teraz opis przeżyć wewnętrzno-zewnętrznych!) No więc mną rzuca, w środku się we mnie gotuje, para z uszu mi bucha, kolor alabastrowej cery zmienił się w krwisto-buraczany i już na końcu języka mam słowa w stylu: „Czy Pani całkiem zwariowała?”

Ale chcąc pokazać klasę, gryzę się w język…

Dostrzegając w mych oczach pogardę, szanowny „traktor”,  stwierdził, że ja to chyba bardziej eleganckie preferuję, bo z resztą po mnie to widać…

Nie wiem co ona raptem zauważyła, ale niech jej będzie, nie będę się sprzeczał, bo tu akurat miała rację! Na chwilę odzyskałem wiarę w człowieka...

Tak czy inaczej, obrażony faktem, że pani chciała mnie ubrać w dziale dziecięcym, próbowałem się skupić na komplemencie wypowiedzianym później. Przy kasie płacąc 9 groszy za obuwie, inna, genialna Pani, nie miała wydać z 10 groszy… ręce ponownie mi opadły, a wiara w ludzkość przepadła na zawsze! Już chciałem żeby wołała właściciela, ale tym razem stwierdziłem, że sobie daruję, bo jeszcze minuta w tym sklepie i dojdzie do napaści ze skutkiem śmiertelnym…

Na pocieszenie i otarcie łez kupiłem lalkę od jakiegoś chłopaka z neta… nie wiem jakiś Dollbby czy jakoś tak, policzył sobie za nią  jak za zboże, ale po tym koszmarnym dniu, nie miałem siły się sprzeczać… Jest to "Graduation Barbie 1998". Po dobowym spa, dziewczę wygląda tak, TADAM :)













 Pozdrawiam serdecznie. Peace, Love and Orzeszki :)