O mnie

Moje zdjęcie
Imię: Marcin. Znak zodiaku: Lew. Człowiek o stu twarzach, miłośnik zwierząt i dobrego jedzenia. Typ: Samotnik mający swój świat, dusza artystyczna. Chłopak o wielkim sercu i jeszcze większym EGO. Zachwycam się drobnymi rzeczami, nie toleruję kłamstwa i fałszywości. Pasjonat i kolekcjoner.

poniedziałek, 25 maja 2015

NO TO LECIM Z KOKSEM :)

Dobra, dawno nie pisałem, więc walnę posta, a co, niech Wam będzie. Spytacie: „Co u mnie?”. Odpowiadam: - Żyję i mam się dobrze, a nawet za dobrze, bo jak pączek w maśle, pięć razy lukrowany i w posypce z kalorii! Kutwa mać, lato idzie, bikini „trza” wcisnąć, a tu dupa jeszcze zimowa. Według moich, anorektycznych statystyk mam kilogram nadwagi i nie mogę na siebie patrzeć, upasłem się jak prosię (mogłem nie pić tej drugiej szklanki herbaty) masz ciało coś chciało, patrząc na pępek nie widzę kręgosłupa! Ehh… życie!

Ostatnio (jak to przynajmniej raz w miesiącu) odwiedził mnie Piotrek, który to zapałał wtórną miłością do Borze. Się papużki zrobiły, no mówię Wam. Świergolą do porzygu! Coś czuję, że z tego coś będzie… (albo tragedia i alimenty, albo jakiś inny niewypał… ale nie wnikam, z resztą co ja będę plotki rozsiewał).

Powiem tylko, że jak zwykle poszli w tango i nie tylko zwiedzali krakowskie góry piachu (czytaj jakieś tam kopce), ale i wszelakie sklepy zabawkowe. Oczywiście jak ten cholernik pokazał u siebie nowego Dextera, to ja oczywiście też zapragnąłem go mieć, więc kazałem mu go sobie kupić, (może to i dobrze, bo przynajmniej nie mam teraz na pączki).
Tak więc mili moi chłopaka „mnię” kupił, ładnego, ale ma mnóstwo wad (chińskie dzieci, które go robiły pracowały chyba na nocki, bo wyszedł im jak ze smerfowego odbytu… dosłownie cały upaćkany na niebiesko!)
Ale słodziak, więc go lofciam na maksa, no i ogólnie lajkuję, „hasztag” dextermojanowamiłość.
Skoro jesteśmy już przy odbycie, to oczywiście podczas tejże wizyty wpadłem na genialny (jak każdy mój z resztą) pomysł, że może by tak parę fotek pstryknąć na tle łabądków i innych ptasiorów pływających na tutejszym jeziorze-bajorze… Pomysł chwycił i dziarsko "ruszyły my" na podbój modelingu, pstrykając siedem milionów selfie, dziubków, sweetfoci itd. Marcin siedzący, Marcin zamyślony, biegnący przed kaczką, potem za kaczka, potem kaczor biegnący za drącym japę Marcinem, następnie Marcin na ławce, pod ławką, z drzewem itd… 4 tysiące zdjęć później okazało się, że wszystkie są tragiczne, ale czego się spodziewać jak model w wieku emerytalnym, a fotograf nie potrafił ująć „głęboko zakotwiczonego wewnętrznego piękna upośledzonego modela”, więc ogólnie humor mi się zjebał maksymalnie… delikatnie powiedziawszy. 
Dlatego na pociechę trzeba było oczywiście coś przekąsić, a, że ja jadam tylko lekkie przekąski… no wiecie, pizzę, nachos, burrito, lasagne, więc w drodze powrotnej wpierniczyliśmy po paczce ciastek i po torbie chipsów, ale tylko jednej (z resztą chipsy to ziemniaki, a trzeba jeść pięć porcji warzyw dziennie, no nie? No!). Uchachane i usmarkane obfociliśmy parę lalek, które będę w końcu mógł pokazać, na tym zarastającym pajęczyną blogu.. 
Dwa dni później złapałem anginę łącznie z grypą żołądkową, więc teraz boję się kichnąć, bo nie wiem czy opluję ścianę, czy się posram w stringi?... Tak czy inaczej enjoy  :) 
Ps. Poprzedni wpis został uzupełniony o kilka zdjęć, więc nie omieszkajcie zerknąć, a teraz "Hip 2 Be Square Barbie 2000" tadam :)





A tu mamy laleczkę, która jest prezentem od jednej z czytelniczek bloga :) Dzięki Justynko :)





Pozdrawiam serdecznie. Peace, Love and Orzeszki :)