O mnie

Moje zdjęcie
Imię: Marcin. Znak zodiaku: Lew. Człowiek o stu twarzach, miłośnik zwierząt i dobrego jedzenia. Typ: Samotnik mający swój świat, dusza artystyczna. Chłopak o wielkim sercu i jeszcze większym EGO. Zachwycam się drobnymi rzeczami, nie toleruję kłamstwa i fałszywości. Pasjonat i kolekcjoner.

niedziela, 29 października 2017

ZA KOWBOJEM WSZYSCY SZNUREM! Erotic story :)

  Po dwóch spotkaniach moja znajomość z gościem z marketu, który notabene okazał się również muzykiem, zakończyła się równie szybko co i się zaczęła. Po prostu odpuściłem sobie, bo okazało się, że jesteśmy zupełnie na innym etapie życia, to co on przeżywa teraz, ja przeżywałem 15 lat temu i raczej nie zamierzam cofać się, a tym bardziej być drogowskazem dla kogoś (ten błąd też już przeżyłem kilka razy, nie szukam dziecka do wychowania, a kogoś na równi sobie, przynajmniej emocjonalnie).

  Z resztą i tak nie miałem ochoty tego analizować, bo bardziej byłem zaabsorbowany perspektywą przymusowego wesela, na którym musiałem się pojawić. NIE ZNOSZĘ wesel i tej całej sztuczności im towarzyszącej.


  No, ale skoro już zostałem zaproszony i zgodziłem się przywlec swoje cztery litery, to stwierdziłem, że zrobię to w swoim stylu. Kto powiedział, że na weselu błyszczeć ma panna młoda? Oh, Girrrl No! Z pewnością nie ja! Wesele jak wesele, długie nudne, muzyka co prawda o.k. ale żarcie koszmarne, do tego goście szarzy jak papier toaletowy, więc nie było na kim oka zawiesić. Nic dziwnego, że jedynym interesującym zajęciem było trzaskanie sobie selfie gdzie tylko się dało, a to w limuzynie, a to po kieliszku szampana, potem po drugim, po trzecim… generalnie po czwartym robiłem zdjęcia nawet pustej butelce… (no co? nie oceniajcie mnie, mnie było dobrze!). 


  Na szczęście jakoś to przeżyłem. Po weselu za wiele się nie działo, aż do momentu kiedy pewnego, pięknego dnia, zerwał mnie do pionu dzwonek telefonu.

- Tak, słucham - spytałem.

- Cześć piękny, tu Ewka, co słychać? - odpowiedział głos w słuchawce.

- A w sumie to nic nowego, wszystko po staremu, a u ciebie? - zapytałem.

- Dzwonię, bo mam propozycję, mój znajomy Marcel ma małą stadninę koni i dzwonię z pytaniem czy nie chciałbyś jechać?

- Yyyyy ja i konie??? Jedyne co od czasu do czasu dosiadam, to jakiś napalony samiec, ale żeby tak konia?… no ja tego jakoś nie widzę, tym bardziej, że moje ostatnie doświadczenie z koniem, które wspominam jako traumę, miałem 20 lat temu (w szkółce jazdy, gdzie moim nauczycielem była jakaś młoda siksa gadająca po niemiecku, a wszystko działo się w dalekich landach republiki niemieckiej).

- …hmm, ale ty wiesz, że ja mam tyle z końmi wspólnego, co świnia z jazdą figurową?! - stwierdziłem - No ale w sumie to co mi szkodzi,  dobra niech będzie, piszę się - dodałem.

Moje przygotowania były szybkie, a nawet bardzo, jedna torba podróżna i tyle. Przecież jadę na trzy dni, więc raczej nie potrzebuję za wiele. Tylko najpotrzebniejsze rzeczy jakie mogą się przydać na ranczu: suszarka, prostownica, siedem kosmetyczek, laptop.

   Podróż była przyjemna, bo w samochodzie było 6 osób, winko lało się już w momencie zapuszczenia silnika, więc  humorek był przaśny. Jedna parka, dwoje przyjaciół, którzy twierdzą, że nic ich nie łączy, ale każdy wie, że bzykają się od dwóch lat i raczej skończy się ślubem, ale póki co się wzbraniają, do tego oczywiście ja i organizatorka wyjazdu, która napaliła się na Marcela, bo ponoć niezłe ciacho, a do tego singiel. 

Wszystko jedno, moim jedynym marzeniem było nie zabić się na grzbiecie jakiejś chabety, pojechać, dobrze się bawić i wrócić w jednym niezagipsowanym kawałku. 

Na miejscu okazało się, że całe to ranczo, to kawał ziemi niedaleko rzeki, do tego łąki, lasy oraz 6 koni. Ogólnie fajna sprawa, ja typowy mieszczuch, który z naturą nie ma za wiele wspólnego, lubię takie wypady. Koniki zadbane, lśniące i… DUŻE! I tu jest problem, ja jestem raczej „pettite”, a te stwory są gigantyczne.

  W czasie jazdy, w piątkę obaliliśmy dwa wina, więc kiedy dotarliśmy na miejsce, z samochodu wywlokła się bardzo rozbawiona i rzewnie gawędząca wataha. Główny dom był bardzo duży, coś w rodzaju pensjonatu, murowany, z elementami drewnianymi i z pięknymi okiennicami w kolorze ciemnego orzecha. Nie wiem czemu, ale akurat to przykuło moją uwagę. Co tam biegające konie za ogrodzeniem, mnie urzekły okiennice. Kilka minut później w progu drzwi pojawił się Marcel.

JESUSFUCKINGCHRIST umarłem, trafiłem do nieba (przez pomyłkę zapewne z moją kartoteką) i właśnie doświadczam orgazmu ocznego. Po schodach schodzi rasowy kowboj jakich ja widziałem tylko w filmach. Co prawda Ewka mówiła, że to ciacho, ale ja pierdole toż to muffinka dwukrotnie lukrowana, z posypką czekoladową i orzeszkami. Na oko 38 lat, wysoki jakieś 180 cm, klata jak marzenie, ubrany w niebieskie jeansy, koszulę w kratę z oberwanymi rękawami… a do tego kowbojki i kapelusz. Cera śniada, włosy w kolorze ciemnego blondu i uśmiech od ucha do ucha.

- Witam, moich gości, o widzę i… czuję, że zabawa się już zaczęła w drodze, hehe - powiedział. 

Po czym wymienił uściski z Ewką, która to oczywiście napalona jak kocica w ruii mało się nie posikała i to nie tylko dlatego, że wyżłopała połowę wińska marki "Żulian", ale dlatego, że z chęcią przeleciałaby biednego Marcela. Najpierw przedstawiła pierwszą czwórkę, po czym wskazała na mnie.

- A to Martin, tzn. Marcin (Martin mówią do mnie znajomi, czasem Martinez)

- Hej Marcin, Marcel miło mi poznać… - powiedział uśmiechając się przy tym tak, jakby poznanie mnie było najlepszą rzeczą jaką go spotkała.

Oczywiście Marcinek po 3 drinkach był elokwentny jak słoik po musztardzie…

– Yyyyyyyyyyyyyyyymmmmmmmyyyyyyyyyyyy… hej! - wykrztusiłem z siebie po 30 sekundach.

(w tym momencie w mojej głowie nastąpił monolog: bierz mnie tu i teraz, przed tym domem, w każdej możliwej pozycji jakiej chcesz, mogę klęczeć, mogę leżeć!) I nagle zrozumiałem czemu Ewka trąbiła o nim cały tydzień, Bóg ma na imię Marcel i zstąpił z nieba by się mi przedstawić.

Kiedy podał mi rękę mało mi nie połamał mojej, jego dłonie były wielkie, mocne, takie typowo męskie, szorstkie (ale w taki dobry sposób), czuć było, że facet ciężkiej pracy się nie boi.
Jego dłoń trzymałem zdecydowanie za długo, ale co tam, kiedy przed tobą stoi facet wart grzechu, to trzeba korzystać, a każdy kontakt fizyczny z nim, to uczta dla zmysłów.

Kiedy weszliśmy do środka domu każdy z nas dostał klucze do swoich pokoi.

- Marcinku, może być jedyneczka, jest najwyżej, ale będziesz miał piętro dla siebie…

(zaraz, chwila, moment, zatrzymujemy czas! „MARCINKU”??? - zamyśliłem się - Tak, Bóg mnie kocha! O nie, ja tego tak nie zostawię, nie ma bata!) Akcja pt.: ”uwodzimy kowboja rozpoczęta”!

- Ależ oczywiście, że może być, ważne żeby było duże i wygodne łóżko, zważywszy, że zapewne będę miał bardzo obolały tyłek - wywaliłem z totalnie perfidnym uśmieszkiem, unosząc jedną brew dla zwiększenia dramatyzmu wypowiedzi.

- Yyyyyyyyy - Marcel próbował coś odpowiedzieć.

- No mówię o jeździe konnej, niestety konie to dla manie zagadka, będę potrzebował najlepszego nauczyciela w stadninie, bo jeśli chodzi o konną jazdę, to ciężki ze mnie przypadek… 

(pierwsza zasada jeśli chcesz kogoś poderwać, powiedz, że potrzebujesz kogoś najlepszego, każdy się na to łapie, bo każdy chce być postrzegany za najlepszego w swojej dziedzinie).

- hehehe - Marcel zaśmiał się będąc czerwonym jak burak - No tak! - dodał.

(Oj Marcelku, wpadniesz szybciej niż ci się wydaje, a mój tyłeczek na pewno nie będzie obolały od jazdy konnej, oj nie!)

  Później każdy poszedł zaaklimatyzować się w swoich pokojach. Po godzinie wszyscy umówiliśmy się na oglądanie koni i spacer, oczywiście Marcel jako dumny właściciel, opowiadał o wszystkim, choć będąc szczerym, mało mnie interesowała historia stadniny, skąd się wzięły konie i ile pracy to kosztuje. Moją głowę zaprzątała sprawa "Marcin na Marcelu albo pod Marcelem". Z moim ilorazem inteligencji niełatwo jest grać idiotę, ale to działa na facetów, zawsze. Wszystko jedno czy hetero, czy homo, facet jest bardzo prosty do ogarnięcia, trzeba sprawiać wrażenie, że go potrzebujesz, że nie dajesz sobie rady, że jedynie on jest tym, który potrafi uratować cię z opresji.

  Na dobrą sprawę co może być trudnego w jeździe na koniu? Włazisz na grzbiet, trzymasz lejce i koniec, wiadomo przecież, że te konie to nie są jakieś konie wyścigowe, tylko specjalnie trenowane konie do jazdy w szkółce z amatorami takimi jak ja. Ale przecież to nie przeszkadza poudawać nieco, jakie to trudne. W momencie kiedy Marcel poczuje się, że jest „hero”, który mnie ratuje będzie po nim! 

  Następnego dnia po śniadaniu miały odbyć się jazdy. Plan był prosty. Po pierwsze spóźnić się nieco, żeby inni zdążyli już wejść na konie i odjechać w cholerę gdzieś na szlak. Po drugie udawać strach, jakiś lęk wysokości, fobia przed końmi, coś w stylu: 'o ja biedna sierotka". Jedyny problem był taki, że musiałem mieć pewność, że zostanę sam na sam z Marcelem, bo przecież na ranczu było jeszcze dwoje nauczycieli jazdy konnej. Dlatego jeszcze podczas śniadania zasugerowałem Marcelowi, że to on musi mnie uczyć, bo jeśli nie on, to ja nawet nie zamierzam wychodzić na te konie, NOPE!

Jakoś nie wykazywał sprzeciwu, więc tu los mi sprzyjał, natomiast problem pojawił się z innej strony.
W momencie kiedy trzepotałem rzęsami szczęśliwy, że jestem o krok bliżej od uwiedzenia mojego kowboja, poczułem powiew chłodu, a raczej arktyczny huragan! Zza stołu zobaczyłem Ewkę zabijającą mnie wzrokiem, w myślach wbijającą mi widelec w gardło!

- Cholera - pomyślałem, zapomniałem o niej, nie tylko ja mam ochotę na kowbojską jazdę.

Ewka wstała i powiedziała:

- Marcin, możesz mi pomóc w kuchni? (tonem, wstawaj łajzo, bo jak nie to zginiesz!)

- Fuckkkkk…

- Co ty kurwa odpierdalasz, może jeszcze z nim na koniu pojedziesz, mówię po dobroci zostaw go, przecież ty nawet nie lubisz koni, co cię raptem naszło na jazdę z prywatnym trenerem? - zapytała, sycząc jak anakonda przed atakiem.

- Ewcia, no co ty, kowboj jest twój, ja tylko stwierdziłem, że lepiej byłoby żeby to on mnie pouczył, bo ma największe doświadczenie - powiedziałem, kłamiąc jak z nut.

- Ty mi kitu nie wciskaj, już ja cię znam, jakbyś mógł przeleciałbyś jeża, im bardziej ktoś niezainteresowany tym większe wyzwanie dla ciebie, mnie nie oszukasz! - odpowiedziała.

- E tam, gadasz głupoty, Marcel patrzy na ciebie jak na obraz (skłamałem) - odwróciłem się na pięcie i poszedłem do pokoju.

  Kiedy wszyscy zebraliśmy się przed boksami do Marcela dołączyło jeszcze dwóch nauczycieli, jeden chłopak i jedna dziewczyna. Pierwsza dwójka jeździła na koniach bardzo dobrze, więc nie potrzebowali dodatkowego treningu. Dziewczyny jechały w towarzystwie instruktorki natomiast ja i Tomasz mieliśmy to szczęście, że towarzyszył nam Marcel. Tu ponownie los mi sprzyjał, bo jakoś naturalnie wyszło, że dziewczyny złapały kontakt z instruktorką (chyba jakaś jedność jajników czy Bóg wie co?). Ewka była tak zaabsorbowana i podjarana tą kobyłą, że zapomniała nawet o swoich hormonach i chcicy. Tomasz szybko opanował jazdę, a ponieważ jego koń był bardzo spokojny, to ruszył chwilę przed nami pozostawiając nas w kilkumetrowym odstępie. Kiedy przyszła pora na mnie trzeba było zacząć przedstawienie.

  Mój koń był jasno brązowy, duży i spokojny jak leniwiec, ale oczywiście ja sprawiałem wrażenie, że zaraz dosiądę rządną krwi bestię, dyszącą ogniem. Marcel zachowywał się bardzo profesjonalnie, najpierw mnie pouczył co trzeba robić, czego nie, jak wsiąść i takie tam bzdety.

- Matko jaki on wielki… ten koń - powiedziałem - jak ja mam na niego wejść (no taaa wielka filozofia, wkładasz nogę w strzemię, lekki podskok, okrak i jesteś na miejscu… no, ale przecież ja tu gram rolę niedorajdy).

- Spokojnie pomogę ci - zaoferował się Marcel.

Generalnie w chwili mojego wejścia na konia położył lewą dłoń na moim biodrze, a prawą na moim prawym udzie w kroczu i podsadził mnie tak, żebym bez problemy zasiadł w siodle.

Nie przeczę jego wielkie dłonie jak łopaty ocierające się o moje uda były bardzo fajne, oczywiście szkoda, że tak krótko, ale zawsze, trzeba brać co się trafia, nie od razu Rzym zbudowano.

Marcel chwycił za uprzęż i powoli szedł prowadząc konia ze mną w siodle.

- Ale fajnie, ale trochę to przerażające, tylko nie idź za szybko - powiedziałem.

- Spokojnie, to nie wyścigi, tylko jazda rekreacyjna, więc się rekreuj - odpowiedział.

- Ha, dobre sobie moje pojęcie rekreacji chyba nieco odbiega od twojego - powiedziałem.

  Jazda trwała kilka godzin, prowadziliśmy tak zwane małe rozmówki, o wszystkim i o niczym. Cała zabawa z jazdą była bardzo fajna i muszę przyznać, że bawiłem się świetnie. Co jakiś czas robiliśmy przerwy. Wtedy można było popatrzeć jak profesjonaliści jeżdżą na koniach, a było na co popatrzeć.


- Możesz pomóc mi zsiąść? - zapytałem błagalnym głosem, kiedy to nasza wycieczka dobiegła końca.

- Oczywiście, oprzyj tu stopę, przełóż prawą nogę i zsuń się - powiedział.

Zrobiłem prawie to co powiedział, nie zapominając żeby w odpowiedni sposób otrzeć się o Marcela swoimi plecami.

Zabawne, ale kiedy nasze ciała się stykały, różnica we wzroście powodowała świetne dopasowanie, niczym wielka i mała łyżeczka.

- Oj, przepraszam - powiedziałem (kłamiąc, bo przecież plan szedł jak po maśle).

W krótkim czasie sprawiłem, że mój kowboj obmacał mnie po udzie i biodrze, otarł się swoim sześciopakiem i kroczem o moje pośladki i plecy, a do tego gawędził ze mną przez kilka godzin… w sumie to nieźle jak na początek :)

  Po powrocie był prysznic i odpoczynek, każdy z nas był obolały, nie dlatego, że to był jakiś wyczyn fizyczny, ale dlatego, że schodziły z nas napięcie i podniecenie samą ideą jazdy na koniach.
Reszta dnia upłynęła spokojnie, jedzenie, spacery, potem znowu jedzenie, drinki, dużo drinków i jeszcze raz drinki. W sumie to wakacje, więc co innego można robić?

Wieczorem słuchałem muzyki, relaksując się i rozkoszując, że szumi mi w głowie, ja nie mogę zbyt wiele pić, bo ze względu na swój wegetarianizm, upijam się szybciej, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić.


  Wieczór był piękny, więc wpadłem na pomysł, że połażę sobie po posiadłości. Wszystko jest ogrodzone, konie pozamykane w boksach, więc raczej nic mi nie będzie. 

  Pijany jak bela łaziłem dobrą godzinę, na uszach leciała muza z lat 80-tych (jakiś dziwny fetysz, bo od momentu kiedy usłyszałem w radiu piosenkę „Uh Uh, No No Casual Sex” moja play lista cofnęła się o cztery dekady). Generalnie było mi dobrze. Nawet bardzo dobrze!

I nagle zawał! Ktoś złapał mnie za ramię, w momencie kiedy gapiłem się w niebo podrygując jak małpa. Dzizas, mało nie posrałem się w gacie!

Kiedy się obróciłem za mną stał oczywiście kto? - Marcel.

- Jezu chłopie, dzwoń po ambulans, bo właśnie mam zawał, chcesz mnie wykończyć? - wydusiłem z siebie.

- Aleś bojaźliwy, nie było cie długo, więc kazali cię znaleźć - powiedział Marcel swoim spokojnym głosem.

- Miałeś mnie znaleźć, nie zabić, dobrze, że nie musisz teraz nieść moich zwłok - powiedziałem podirytowany i roztrzęsiony.

- Takie chucherko to na jednym ręku da się przenieść - powiedział z zawadiackim uśmieszkiem.

- ha ha ha ale śmieszne, nie każdy jest kowbojem mięśniakiem - powiedziałem.

- Nie przesadzaj, czego słuchasz? - zapytał Marcel.

Taka staroć, ale odkąd usłyszałem w radiu, to mi się spodobało, a ponieważ jestem narąbany, to piosenka PRAWIE idealna na dzisiejszy wieczór.

- Jak to "prawie idealna", co to znaczy? - zapytał z zaciekawieniem.

Laska śpiewa „No No to Casual Sex”, ale ja bym zmienił na "Oh YES! YES! Casual Sex with SEXY COWBOY”  hahahaha - odpowiedziałem, nie zdając sobie sprawy, że właśnie na chama wyrywam faceta hetero.

(tu małe info: W 90% przypadków kiedy odwalam takie akcje, jestem na rauszu, co daje mi odwagę, a raczej brak myślenia o konsekwencjach wypowiedzianych słów. Z doświadczenia wiem, że większość facetów takie słowa traktuje jak żart i na tyle lat ile żyję, jeszcze nigdy nie spotkałem się z negatywną reakcją (sam nie wiem czy to moja osoba tak działa na nich, czy ta dziwna podnieta, że jakiś koleś ich podrywa, bo zawsze reagują  pozytywnie, mam wrażenie, że im to schlebia, oczywiście robię to zawsze kiedy jesteśmy sami, to powoduje intymność, a ich reakcja nie musi być obronna, bo przecież nie wywaliłbym takiego tekstu do gościa, który jest w towarzystwie kolegów, bo wiadomo, że chciałby zachować twarz przed kumplami i mógłby się zachować niefajnie... czytaj: generalnie wpierdolić żeby wyjść na macho), ale przerobiłem to już tyle razy, że wiem, że faceci mimo iż pierniczą jakimi to są samcami, to jak się ich odpowiednio podejdzie, to jara ich to nieziemsko. Wystarczy trochę alkoholu, odpowiedni klimacik i dobra nawijka i każdy hetero staje się mniej hetero… dobry przykład to mój ex. Facet miał dziewczynę, a kiedy zerwali, polubił mnie tak bardzo, że byliśmy razem trzy lata… hetero….taaaa :)

 - Yyyyyyy - chyba jesteś nawalony, o.k. wracasz do domu, teraz! - usłyszałem.

- Uh Uh No No Sexy ka..ko. kowoboju… kałboju… - zacząłem mamrotać bez sensu.

- O.k. idziemy! - usłyszałem stanowczy głos Marcela.

- Nope, buzi… - walnąłem z grubej rury.

- Co? 

- Buzi, nie pójdę dopóki nie dasz buzi. Widzę rasowego kowboja pierwszy raz w życiu, jeśli myślisz, że nie spróbuję, to mnie nie znasz panie sześciopak z wielkimi mięśniami… buzi albo nie idę! A potem zeżrą mnie pumy i będziesz mnie miał na sumieniu…

- W Polsce nie ma Pum - roześmiał się Marcel

- No to lisy albo dzikie zające - powiedziałem, ówcześnie przekonany, że gadam z sensem (ale oczywiście gadałem bez sensu)

...Uh Uh No No Casual Sex Uh Uh No No … muza leciała z telefonu, a ja zacząłem ruszać bioderkami robiąc z siebie jeszcze większego kretyna…



Marcel patrzył się na mnie jak na wariata dobre dwie minuty, aż w końcu podszedł stanowczo, złapał moją twarz w obie dłonie, pochylił się i pocałował w usta… W USTA!!!

- A teraz idziemy! - powiedział.

Stałem jak wryty, próbując analizować co się właśnie stało. JESUS FUCKING CHRIST! Zostałem pocałowany przez kowboja!

KURKA WODNA, DOBRY JESTEM! NADAL MAM TO COŚ W SOBIE. MISSION COMPLETED!

Pozdrawiam serdecznie Peace, Love and Orzeszki :)

4 komentarze:

  1. Fakt ! Dobry jesteś :):) !!!
    To również kolejny przykład na to, jak zwierzęta zbliżają do siebie ludzi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Co za odwaga pokazac Tu twarz! Super opowiesc, co bylo dalej ?

    OdpowiedzUsuń
  3. O rety, rety...aż oplułem się herbatką gdy to czytałem! Chłopie, do boju! Bierz tego kowboja! Good luck:D
    Ale gdzie są laleczki???

    OdpowiedzUsuń